|
|
Amerykańska
nostalgia za biedą? O dwóch filmach z 2005 roku. Najpierw był bezprecedensowy sukces filmów dokumentalnych Michaela Moore'a. Niezależnie od wartości artystycznych "Zabaw z bronią" (2002) i "Fahrenheit 9/11" (2004) widać dziś, że dzieła te utrwaliły się w świadomości twórców kina na całym świecie jako punkt graniczny w dyskusji o Stanach Zjednoczonych i społeczeństwie amerykańskim. Filmy Moore'a ośmieliły reżyserów, a co zapewne istotniejsze również producentów, do wypowiedzi krytycznych na temat mieszkańców najbogatszego i najbardziej rozwiniętego państwa na naszej planecie. Oczywiście, polaryzacja sympatii wobec USA wiąże się przede wszystkim z polityką prezydenta Busha i inwazją wojsk amerykańskich na Irak. Niejasne, nieznajdujące potwierdzenia w rzeczywistości motywy tej operacji są głównym argumentem przeciwników działań Waszyngtonu. Wydaje się jednak, że to za sprawą Moore'a dyskusja ta sprowadzona została ze świata elit także do masowych odbiorców popkultury. Dzisiaj, już nie tylko krytyka, ale i jawne kpiny z osoby prezydenta Stanów Zjednoczonych, stały się cool i trendy. Jeśli obok autorytetów branży muzycznej, nawet byle gwiazdki MTV prześcigają się w głoszeniu "nonkoformistycznych" haseł pokoju i braterstwa między narodami, to jasny staje się fakt, że bunt wobec polityki Busha się skomercjalizował. Główną zasługą Moore'a pozostanie zatem samo postawienie tezy, że społeczeństwo Stanów Zjednoczonych nie jest ucieleśnieniem cywilizacyjnego ideału, że mieszkańcy tego kraju powinni się na nowo zastanowić nad tym kim są, co osiągnęli i w jakiej rzeczywistości żyją. Powyższe pytania w sposób bezpośredni zadał Amerykanin w
czapeczce z daszkiem na głowie, ikona kumpla spod budki z hot-dogami -
przeciwieństwo zadufanych w sobie europejskich intelektualistów ekranu. I
chociaż aktualnie sporo interesujących diagnoz mentalności obywateli USA
przychodzi paradoksalnie z innych części świata, np. od Kanadyjczyka Davida
Cronenberga („Koniec przemocy” 2005), czy Duńczyka Larsa Von Triera („Dogville”
2003, „Manderlay” 2005, scenariusz filmu „Moja droga Wendy” 2005), to w tym
nowym nurcie refleksji najbardziej przykuwają uwagę dzieła twórców
hollywoodzkich, uznawanych dotąd za piewców Ameryki i „amerykańskości”. Myślę tu
o takich postaciach, jak Martin Scorsese („Gangi Nowego Yorku” 2002) i Steven
Spielberg („Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” 2002, „Terminal” 2004, „Wojna
światów” 2005, „Monachium” 2005). Pomijam dzieła i reżyserów wyrosłych z kina
niezależnego, zawsze mocniej wyczulonego na obserwacje społeczne. Otóż
wymienione obrazy Scorsesego i Spielberga to superprodukcje, które nie tylko z
wyraźnym sceptycyzmem odnoszą się do mitu Stanów Zjednoczonych jako ojczyzny
wolności, pokoju i szczęścia, ale z niepokojem starają się dotrzeć do genezy
współczesnej Ameryki. Pojawiają się w tych filmach zaskakujące nuty goryczy i
nostalgii za czymś utraconym w czasie budowania potęgi kraju. W 2005 roku na ekranach kin zagościły dwa kolejne tytuły, które można umieścić w nurcie wypowiedzi zapoczątkowanych przez Moore’a, a kontynuowanych później przez Scorsesego i Spielberga. Chodzi o filmy „Człowiek ringu” („Cinderella Man”) Rona Howarda oraz „Charlie i Fabryka Czekolady” („Charlie And The Chocolate Factory”) Tima Burtona. Charakterystyczne dla poruszanych kwestii są filmografie obydwu autorów. Ron Howard – jeden z kontynuatorów tradycji Kina Nowej Przygody – był w latach 80-tych i 90-tych twórcą filmów rozrywkowych z ambicjami, m.in. „Willow” (1988), „Apollo 13” (1995), „Okup” (1996), „Piękny umysł” (2001). Bohaterowie jego dzieł twardo stawiali czoła największym przeciwnościom losu. Były to opowieści o triumfie ludzkiego hartu ducha, talentu, a nawet geniuszu w walce z własnymi ograniczeniami i najbardziej niesprzyjającymi okolicznościami. Podobną historię ukazuje Howard i w swoim najnowszym filmie. Oparty na autentycznych wydarzeniach „Człowiek ringu” odsłania przed nami karierę bokserską i życiowe losy Jima Braddocka – pięściarza, wywodzącego się z nizin społecznych, który w latach Wielkiego Kryzysu walczył na ringu, aby zarobić na utrzymanie domu i rodziny. Pomimo kontuzji, która na długo wyeliminowała Braddocka z uprawiania sportu, dzięki efektownemu comebackowi bokser otrzymał szansę pojedynku z ówczesnym czempionem Maxem Baerem. Wiadomość o kolejnej produkcji przedstawiającej historię
pięściarza prowokuje do pytania: po co nam kolejny taki film? Wszak w niedługim
czasie pojawiły się na naszych ekranach co najmniej dwa obrazy z głównym
bohaterem przywdziewającym bokserskie rękawice – „Huragan” (1999) oraz „Ali”
(2001). Obydwa dzieła, przychylnie przyjęte przez krytykę i publiczność, również
odnosiły się do życiorysów rzeczywistych postaci. Na dodatek trudno oprzeć się
wrażeniu, że najsłynniejsze filmy o postaciach pięściarzy „Rocky” (1976) oraz
„Wściekły byk” (1980) ustaliły pewien schemat dramaturgiczny podobnych
opowieści, a co ważniejsze wyczerpały możliwości artystyczne motywu boksera. W
tej sytuacji „Człowiek ringu” musiał się wydawać przedsięwzięciem ryzykownym
nawet pomimo zaangażowania laureatów Oscara: Russella Crowe’a i Renee Zellweger.
Istotnie, wyniki finansowe filmu Howarda rozczarowały. Widzowie chyba
intuicyjnie wyczuli, że jest to produkcja, która miała zaspokoić przede
wszystkim gust Amerykańskiej Akademii Filmowej, a jak wiadomo, takie kalkulacje
nie zawsze przynoszą dobry efekt na ekranie. Autorzy „Człowieka ringu” wpadli w
pułapkę schematyzmu. Nie udało im się odświeżyć i nasycić emocjami prostej
historii kogoś znikąd, kto dzięki woli walki osiąga sukces. Nie pomogli w tym
ani aktorzy, ani sprawna ręka reżysera. Paradoksalnie opisane niedostatki
powodują, że tym baczniej skupiamy uwagę na tle obyczajowym tej opowieści. A
znajduje się tam odpowiedź, dlaczego „Człowiek ringu” powstał. Odpowiedź
zaskakująca, bo dająca wyraz tęsknoty Amerykanów za biedą. Okazuje się, że twórcy z Hollywood z rozrzewnieniem
odmalowują czasy Wielkiego Kryzysu. W filmie jest to okres idealnego zrównania
społeczeństwa w ubóstwie i braku szans na poprawę losu. Przetrwać mogą tylko ci
najsilniejsi i najbardziej zdeterminowani. Każdego dnia przed bramą doków
portowych zbiera się tłum mężczyzn, którzy robią wszystko, aby zwrócić na siebie
uwagę pracodawcy. W spojrzeniu reżysera na postaci filmu przebija uznanie, a
może nawet nuta zazdrości. Howard tęskni za momentem sytuacji bez wyjścia,
koniecznością zaczynania od zera, faktem, że stawką w życiowej grze może być
utrzymanie rodziny, a nie majątek i sława. Heroizm Braddocka polega „tylko” na
tym, że pragnie on zapewnić żonie i dzieciom ciepłe mieszkanie i jedzenie. To
jedyna motywacja głównego bohatera, jak i wielu innych, których spotyka na swej
drodze. Kariera na ringu jest czymś nieistotnym, ale seria zwycięstw prowadzi do
zarobienia godziwej kwoty pieniędzy, a to już dostateczny powód, by narazić
zdrowie. Dostajemy możliwość przyjrzenia się początkom funkcjonowania jednej z
najsłynniejszych hal widowiskowych świata – Madison Square Garden. Miejsce,
które dzisiaj jest areną najbardziej spektakularnych wydarzeń artystycznych,
sportowych, a nawet politycznych (kampanie wyborcze); miejsce, gdzie na scenie
decydują się losy fortun, zarówno występujących, jak i widzów na całym globie, w
„Człowieku ringu” jest tylko zadymioną, słabo oświetloną dużą salą. Publiczność
składa się z tak samo skromnie ubranej biedoty Nowego Jorku. Wielonarodościowe
audytorium dopinguje swoich przedstawicieli na ringu, jakby walka toczyła się
tutaj o wyższość i honor kraju, z którego się przybyło. Ameryka jeszcze nie
istnieje w świadomości społecznej. To imigranci do Stanów Zjednoczonych tworzą
kulturę „ziemi obiecanej” i biją się o własną pozycję w przyszłości. Z jednej
strony wszyscy, jak Irlandczyk John i jego przeciwnik Max Baer manifestują swoje
pochodzenie i odrębność, a z drugiej strony ludzi łączy wspólnota sytuacji
materialnej. W „Człowieku ringu” lata Wielkiego Kryzysu nie są czasem niepokoju,
lecz harmonii potrzeb i dążeń człowieka do zapewnienia godnego bytu. Howard
podnosi ubóstwo do rangi stymulatora zachowań pozytywnych, choć nierzadko
desperackich. Społeczeństwo żyjące w biedzie jest zsolidaryzowane, wyczulone na
krzywdę innych i gotowe nieść pomoc. Film ma ambicje stania się zwierciadłem
kondycji współczesnej Ameryki. W oczach reżysera dzisiejsze Stany Zjednoczone
stanowią państwo zepsute, odarte z pierwotnej niewinności, zatracone w
gromadzeniu gadżetów. Jak gdyby ku naszemu zawstydzeniu wielokrotnie słyszymy z
ekranu, jakie sumy pieniędzy, oczywiście zupełnie nieadekwatne w porównaniu z
obecnymi standardami, są ratunkiem dla bohaterów. Kamera delektuje się
surowością świata przedstawionego. Tutaj wszystko jest funkcjonalne:
pomieszczenia, ubrania, przedmioty służą tylko do tego, do czego zostały
stworzone. Nie stały się jeszcze krzykliwą deklaracją statusu majątkowego. Nic
nie jest na pokaz, bo zbytki nie są potrzebne do przetrwania. Operator
pieczołowicie zwraca uwagę na takie detale, jak elementy kostiumu bokserów:
sfatygowane rękawice, spodenki, koszulki, buty - rzeczy, które dzisiaj połyskują
markami firm sponsorujących pięściarza. Tymczasem świat w „Człowieku ringu” jest
mało kolorowy, spowity sepią, jak zdjęcia z epoki, która bezpowrotnie odeszła.
Howard pragnął zapewne, aby podobne obserwacje znajdowały się tylko pomiędzy
wierszami krzepiącej historii o człowieku, któremu się udaje. Krytyczne aluzje
do współczesnej Ameryki biorą jednak górę i paradoksalnie odbierają filmowi siłę
rażenia. Ani nie jest to dzieło zbyt ostre, ani zbyt hollywoodzkie, a takie
balansowanie prowadzić może tylko do nijakości. Znacznie lepsze rezultaty artystyczne osiągnął Tim Burton. Autor między innymi „Soku z żuka” (1988), „Batmana” (1989), „Edwarda Nożycorękiego” (1990), „Eda Wooda” (1994) i nowej wersji „Planety małp” (2001) miał do dyspozycji materiał literacki, mianowicie bardzo popularną w USA bajkę Roalda Dahla „Charlie i Fabryka Czekolady”. Burton zawsze uwielbiał opowieści o odmieńcach i dziwakach, tworzących sobie własne fikcyjne światy, a zmuszonych do konfrontacji z pozornie normalną rzeczywistością. Najnowsze dzieło twórcy „Dużej ryby” (2003) opowiada o Willym Wonce (Johnny Depp) - ekscentrycznym milionerze, wynalazcy i producencie wyrobów z czekolady, znanych w każdym zakątku ziemi. Wonka, którego gigantyczna fabryka została zamknięta dla oczu i uszu osób z zewnątrz, ogłasza konkurs: w pięciu tabliczkach czekolady umieszczone są złote bilety do wytwórni słodkości. Kto je odnajdzie, spotka się z legendarnym Wonką, pozna sekrety jego fabryki czekolady, a wreszcie dostanie szansę zdobycia tajemniczej wielkiej nagrody. Wydarzenia obserwujemy z punktu widzenia Charliego (Freddie Highmore) – młodego chłopaka z bardzo biednej rodziny. Charlie mieszka wraz z mamą, tatą, dwiema babciami i dwoma dziadkami w rozwalającej się chatce na obrzeżach bogatego miasta. Dom jest tak mały, że aby wszyscy się zmieścili, staruszkowie muszą cały czas leżeć i to w jednym łóżku. Kiedy przychodzi pora posiłku dziadkowie kładą sobie na nogi blat stołu. Dopiero wtedy tworzy się miejsce na talerze i sztućce, a pozostali członkowie rodziny mają gdzie zasiąść do jedzenia. Głód zaspakajają kapustą, ponieważ skromna pensja ojca nie wystarcza na nic lepszego. Pomimo tych ciężkich warunków i panującej na dworze zimy chatkę rozgrzewa atmosfera rodzinnego ciepła. Zdziwaczali staruszkowie przekomarzają się ze sobą, ale gotowi są wydać ostatni zachowany grosz na czekoladę dla Charliego. Wszyscy pragną, aby młody chłopak wygrał bilet i choć przez chwilę poczuł smak lepszego życia. Burton przeciwstawia sytuację głównego bohatera postawom dzieci i rodziców z innych części świata. Bilety trafiają do opasłego, prostackiego Augustusa Gloopa (Philip Wiegratz), infantylnej egoistki-prymuski Violet Beauregarde (AnnaSophia Robb), maniaka komputerowego Mike’a Teavee (Jordana Fry) oraz Veruci Salt (Julia Winter) – zepsutej córki angielskiego bogacza, który wynajmuje olbrzymią rzeszę ludzi do poszukiwań złotej tabliczki czekolady. Charlie odnajduje wymarzony kupon, chociaż jako jedyny spośród piątki triumfatorów nie był w żaden sposób uprzywilejowany, ani też wygranej nie umożliwiły mu jakieś złe cechy charakteru. Szczęśliwcy wraz z opiekunami wybierają się do fabryki na spotkanie z ekscentrycznym Wonką, który z czasem odsłania swe prawdziwe intencje odnośnie grupy. „Charlie i Fabryka Czekolady” jest z pewnością oskarżeniem
rodziców o utratę kontaktu z własnymi dziećmi. Negatywni młodzi bohaterowie
filmu przypominają potworki wyhodowane w warunkach całkowitego braku
porozumienia z drugą osobą i refleksji nad swoim zachowaniem. Ale Burton nie
jest bezwzględny w sądach. Również rodzicom sugeruje wybaczyć, ponieważ są to
takie same ofiary, jak ich potomkowie. To współczesna kultura przyczynia się do
wynaturzania naszej psychiki. Znamienne, że przekrzywiony dom Charliego
przypomina budynek z innej epoki. W sterylnym świecie sterylnych ludzi
obszarpane, podziurawione ubranie głównego bohatera stanowi dziwną plamę w
rajskim obrazku. Plamę, którą powinno się wymazać i zapomnieć. Tymczasem,
anielskie oblicza czwórki młodych, tak jak cudowne gadżety Wonki, zakrywają
tylko pustkę po czymś utraconym lub wypartym. Określenie „kultura konsumpcyjna”
nabiera u Burtona bardzo dosłownego znaczenia. Jeden z przybyłych do fabryki
chłopaków – Augustus Gloop – pożera czekoladowe pomieszczenia i przedmioty, z
jakich skonstruowana jest posiadłość Wonki. Również w postawach innych
nastolatków kryją się oskarżenia pod adresem teraźniejszości. Żyjemy w kulturze,
która nie jest w stanie nic tworzyć (Mike Teavee, pasjonat gier i destrukcji –
zdobywa bilet, ponieważ odkrył mechanizm systemu rozdzielającego kupony), niczym
się cieszyć (entuzjazm Veruci Salt z powodu zdobycia karty wstępu trwa tylko
sekundę, później woła o następne prezenty), natomiast obsesyjnie stawia na
sukces, nawet jeśli ma on nastąpić w bezsensownych dziedzinach działalności
człowieka (Violet Beauregarde pragnie pobić rekord w żuciu gumy). Pojawia się
pytanie, czy sytuacja niedostatku, w jakiej wychował się Charlie nie zakorzeniła
w nim właśnie tych cech, których brak zarzuca nam Burton. Kiedy powracający z
pracy ojciec Charliego wręcza synowi coś, co przypomina nakrętki, a młodzieniec
raduje się z tego powodu - nie rozumiemy sceny. Za chwilę dowiadujemy się, że
Charlie zbudował z nakrętek imponujący model fabryki Wonki... Skromny chłopak
potrafił więc cieszyć się z niczego, potrafił tworzyć z niczego, a nie mając
nic, nauczył się marzyć. To według Burtona jest prawdziwe bogactwo człowieka.
W rozumieniu amerykańskiego reżysera ubóstwo nie powinno jednak stanowić zasady wychowania: ograniczania uczuć wobec innych osób, bądź odmawiania im wszelkich drobnych przyjemności i ułatwień. Nie mamy prawa pozbawiać kogokolwiek ciepła, zarówno tego ludzkiego, jak i wytworzonego za pomocą technologii. Na naszej przyszłości może bowiem zaciążyć podświadome uczucie niedosytu, a wtedy całą działalność i wszystkie zachowania podporządkujemy próbom zaspokojenia niezrealizowanej potrzeby. Odbędziemy życiową drogę Willy’ego Wonki, z którym ojciec-dentysta nie potrafił się zbliżyć i porozumieć, kontakty sprowadzając do dyktatu higieny jamy ustnej syna. Zasadą domu Wonki był absolutny zakaz słodyczy. Ten brak z dzieciństwa zdeterminował przyszłe losy i skrzywioną osobowość budowniczego fabryki czekolady. Burton pragnie bogactwa uczuć i wyobraźni, natomiast buntuje się przeciwko osaczeniu materialną sferą życia. Oddanie się niepohamowanej konsumpcji i przesyt, a nie pusty brzuch i bieda są tym, co może nas spotkać najgorszego. Dwa filmy z 2005 roku będące aluzjami do współczesnej kultury i dwa nostalgiczne spojrzenia na ubóstwo. Tęsknota za niedostatkiem wpisuje się nurt krytyki Stanów Zjednoczonych. Kompromitowanie amerykańskich mitów i wartości nie jest w kinie zjawiskiem nowym. Przykłady na podobne wypowiedzi można znaleźć od czasu lat 50-tych XX wieku i pierwszych wystąpień beatników. Kontestowanie rzeczywistości Ameryki pojawiało się w twórczości najwybitniejszych reżyserów, a znamionuje zwłaszcza produkcję młodych autorów. Ekranowa nostalgia za biedą Anno Domini 2005 świadczy o tym, że w imieniu mieszkańców Stanów Zjednoczonych Hollywood kolejny raz mówi: „przyznajemy, że zbłądziliśmy i będziemy się zastanawiać dlaczego”. To ciekawy głos po nihilistycznym kinie lat 90-tych. Głos, który nie miałby tak doniosłej wymowy, gdyby wcześniej Michael Moore nie wykrzyczał przed kamerą sprzeciwu wobec wojny mocarstwa z żyjącymi na skraju nędzy mieszkańcami pustyń i jaskiń.
Autor recenzji: Radosław Osiński |
|
|||