|
|
Ile jest procent komedii romantycznej w komedii romantycznej? Wszędobylstwo komedii romantycznej nie zna miary. Nie dość, że dominuje ona na ekranach (nie ma tygodnia, żeby takowa nie pojawiała się w repertuarach kin czy programach telewizyjnych) i śmiało odwołuje się do swojej – bądź co bądź – długiej tradycji, to jeszcze szczwanie wkrada się w inne gatunkowe fabuły, bądź wpisuje w rozmaite ogólnokulturowe konteksty... wszystko to, w poszukiwaniu nowych odbiorców, by (z/u)wieść ich swoim czarem... Bo im więcej, tym zabawa lepsza. I oto prosty przepis! Obfitość przede wszystkim – w świecie
przedstawionym, w warstwie wizualnej, we współpracy z gwiazdami, w
humorystycznych scenkach i dialogach, w ilości zawiłych intryg, w komicznych,
mniej lub bardziej, odniesieniach do historii gatunku, do klasyki filmowej i do
siebie wzajemnie (co daje niezwykłą obfitość znaczeń), wreszcie, a może przede
wszystkim – w obfitości widzów na sali. Wszystko to ma sprawić, by owe „inne
filmy takie same” znalazły coraz to większe rzesze amatorów. I to nie tylko
spośród weekendowej widowni czy koneserów filmu jako dodatku do popcorn’u i
coli, ale także u wielbicieli tzw. „dobrego kina” i jego znawców. Co więcej,
tyczy się to nie tylko filmów hollywoodzkich, ale również europejskich, które
konkurując z, znowu, obfitością na rynku tych pierwszych, wykształcają własne
obfitości. Model klasyczny komedii romantycznej opierał się na jasno
wytyczonych założeniach i konstrukcji. Obowiązkowymi elementami są: wątek
miłosny, charakterystyczni bohaterowie, gwiazdy, przewidywalna akcja,
konserwatyzm obyczajowy (mający swoje źródło w jednej z „części składowych” tego
gatunku – klasycznym melodramacie). Powtarzają się też motywy: wiary w
przeznaczenie, odkrycie prawdziwego uczucia, dojrzewanie do miłości, czy awans
„Kopciuszka”. Pytanie jakie się nasuwa, to tytułowe – ile jest komedii
romantycznej w komedii romantycznej? – czyli: ile prostej, tradycyjnej rozrywki,
a ile gry? ile opowiedzianej prostej fabuły , a ile kontekstów? Prześledźmy to
na przykładzie – proponuję „Love and other disasters” (2006) w reżyserii Aleka
Keshishiana (zaznaczę, że film jest produkcji angielsko-francuskiej). Jest on sprawnie nakręconą opowieścią o losach grupki znajomych, związanych z brytyjskim wydaniem „Vogue’a”, szukających w życiu miłości. Mamy więc: umiejscowionych w centrum akcji: Emily Jackson - Jacks – osobę swatającą wszystkich w swojej okolicy, sama pozostającą jednak w niewygodnej relacji ze swoim ex, która po wielu komplikacjach ODNAJDUJE MIŁOŚĆ oraz jej współlokatora Petera – geja marzyciela, WIERZĄCEGO W PRZEZNACZENIE, lecz przez większość filmu kierującego się nim błędnie (na szczęście finalnie DOJRZEWA do tego, by stworzyć szczęśliwy związek). Prowadzą oni zabawne rozmowy na temat miłosnych związków międzyludzkich, uczestniczą we wszelkich rytuałach „wielkiego świata”, jego intrygach i oglądają na okrągło jeden film – „Śniadanie u Tiffany’ego”... Z tym motywem wchodzimy na inny poziom, poszerzający granice klasycznej konwencji. Relacja między głównymi bohaterami zaczyna nabierać cech tej opisanej w książce Trumana Capote, będącej pierwowzorem filmu. Szczególnie, bo Jacks wizualnie upodabnia się do postaci granej przez Audrey Hupburn, a scenom zauroczeń Petera towarzyszy muzyka z tego filmu. Ten wątek otwiera kolejne – wewnątrz fabuły i odautorskie. Ciągłe omawianie konwencji komedii romantycznych przez bohaterów, życie pod pewnego rodzaju ich wpływem, ciągłe zdania typu: „Gdyby to była komedia romantyczna, byłoby tak...” sprawia, że mamy wrażenie, że postaci przeżywające kolejne zawirowania losu, non-stop puszczają sobie oczka, uczestniczą w czymś z góry uznanym przez nich za wykreowane. Stąd autotematyczna reżyserska klamra w postaci scenariusza na początku i końcu filmu. Stąd też wątek spisanej przez Petera w formie scenariusza historii, którą właśnie oglądamy. Związana jest z tym bezpośrednio kwestia hollywoodzkich
gwiazd. Choć Gwineth Paltrow i Orlando Bloom pojawiają się na ekranie na nie
więcej niż 30 sekund, we wszystkich materiałach promocyjnych widnieją jako
równorzędni innym występującym aktorom.
Autor recenzji: Zuzanna Pawłowska |
|
|||