Jak oglądać filmy kaijū?

Zacznijmy może od prostego pytania - czym jest kaijū? To japońskie słowo znaczące "monstrum", "maszkara" czy zwyczajnie "potwór". W Kraju Kwitnącej Wiśni używane jest zazwyczaj do określenia bohaterów takich jak Gamera, Król Ghidorah, King Kong, czy najsławniejszy z nich wszystkich - Godzilla, a także samego gatunku filmowego związanego z nimi. W Europie nigdy tego rodzaju filmy nie były szczególnie popularne. Praktycznie ich nie kręcono (jedyne co kojarzę to duński "Reptilicus", nakręcony w koprodukcji z USA), a nawet kiedy już pojawiały się w kinach to nigdy nie osiągały szczególnej popularności. Lepiej było w Ameryce, gdzie w dobie zimnej wojny twórcy uwielbiali nas straszyć wszelkimi rodzajami gigantycznych stworów. Jednak i tutaj gwiazda kaijū przygasła - ostatnio nakręcone kaijū w Ameryce jakie pamiętam to fatalna "Godzilla" Rolanda Emmericha i naprawdę dobry "Projekt Monster" Matta Reevesa. Japonia to zaś zupełnie inna bajka - tam gigantyczne potwory nigdy nie wyszły z mody i tego rodzaju filmy (głównie niszowe) są zawsze chętnie witane przez widzów.

Większość kinomanów z gatunku "Jestem Tak Cholernie Ambitny, Że Nawet Prognoza Pogody, Którą Oglądam Została Wyreżyserowana Przez Davida Lyncha" z natury uznaje kaijū za nic nie warte badziewie. Według nich oglądanie filmów tego gatunku bez grymasu obrzydzenia i zażenowania na twarzy jest niegodne prawdziwego kinomana. Wniosek jest prosty: jeżeli ktoś zachwyca się Bergmanem, nie ma prawa lubić Godzilli. Nie powinno pozwolić mu na to jego głębokie wyczucie smaku. W końcu takie kino jest dla dzieci, kretynów i osób generalnie płytkich.

 

Boli mnie ta opinia, boli wręcz osobiście. Wychowałem się na filmach o Godzilli, King Kongu, Rodanie etc. Pamiętam jak swego czasu (kiedy jeszcze uczęszczałem do przybytku edukacji zwanego szkołą podstawową) Polsat co tydzień nadawał inny film z Godzillą a ja siedziałem przed ekranem robiąc wielkie oczy z zachwytu. I moje uwielbienie nie jest tylko kwestią sentymentu - nawet teraz oglądając najnowsze filmy tego typu dostarczają mi one naprawdę dużo rozrywki i radości. Jednak nie przeszkadza mi to zachwycać się powolnymi ujęciami Jarmuscha, czy znakomitymi scenariuszami Allena.

Skąd więc ta różnica? Skąd bierze się fakt, że większość odbiorców z góry uważa filmy kaijū za nie warte uwagi? Chodzi tutaj przede wszystkim o sposób odbioru, o to czego dany widz oczekuje od kinematografii jako takiej. Dlatego dam wam tutaj kilka rad w jaki sposób powinno się oglądać filmy z wielkimi potworami niszczącymi miasta.

1). Stań się znowu dzieckiem.

Głupie? Pod pewnymi względami, oczywiście. Kiczowate? A jakże. Wtórne? Tak! Nie wypieram się tego, nie zamierzam robić z takiego "Rodana - ptaka śmierci" poważnego, wielkiego filmu dotyczącego problemów społeczeństwa górników związanego z gigantycznymi robalami występującymi w kopalniach. Ten temat poruszył ostatnio Maciej Gaździcki w swoim felietonie "Magia tamtych Świąt" - kiedy człowiek był w tym pięknym okresie zwanym dzieciństwem mógł przełknąć bez większych trudności infantylność i wtórność fabuły na rzecz magii kina, na rzecz wciagnięcia się w opowiadaną historię bez reszty. I w trakcie oglądania tego typu filmów powinniśmy spróbować wyłączyć naszą Ambitność i Krytycyzm dorosłego, dojrzałego widza i dać się po prostu porwać zabawie. Jak dziecko.

 

2). Traktuj to jak komedię.

"Pff, gigantyczne potwory błagam cię? Przecież to w ogóle nie jest straszne!", "Żeby niby powstał w wyniku wybuchu bomby atomowej? Kto w to uwierzy?!". Jasne, jeżeli traktujemy większość kaijū na poważnie, to będą kiepskie. Po pierwsze: musimy wziąć pod uwagę czasy powstania najważniejszych produkcji tego gatunku i to w jaki sposób wtedy oddziaływały na widza (w końcu na początku istnienia kinematografii widzowie bali się "Wjazdu pociągu na stację w Ciotat" braci Lumiere). Po drugie: te filmy zwyczajnie są zabawne i w ten sposób powinniśmy do nich podchodzić. Nawet ich twórcy w większości nie traktują ich poważnie, zamieszczając w swoich filmach różne gagi (typu dwa potwory grające sobie w piłkę nożną). Kiedy spojrzymy na to w ten sposób i zaczniemy śmiać się z tandetnej na przykład Minilli seans stanie się dla nas dużo bardziej interesujący.

3). Pozbądź się syndromu "Avatara"

Syndromem "Avatara" nazywam przesadne wyczulenie dotyczące efektów specjalnych. Tak, w większości tych filmów potworami są faceci ubrani w gumowe kostiumy. Tak, budynki są zrobione z kartonu. Tak, ten laser wygląda jak żywcem wyjęty z "Akademii Pana Kleksa". Nie wymagajmy od tego typu filmów efektów na miarę nowoczesnego Hollywood, ponieważ w większości nie mają one takiego budżetu (jedynymi wyjątkami jakie pamiętam są remake "King Konga" Petera Jacksona i "Projekt Monster"). Osobiście jednak wolę dobrze zrobiony gumowy kostium od tandetnego i taniego efektu komputerowego. Wolę kiedy czuję, że coś fizycznie znajduję się przed kamerą, niż kiedy mam poczucie, że oglądam fragment gry komputerowej z lat 90 (świetnym przykładem tego jest "Godzilla 2000"). Poza tym tandetność efektów jest także elementem komediowym, bo jak tu się nie zaśmiać z gigantycznego sępa z innego wymiaru z nienaturalnie ruchomym dziobem, głupkowatymi, zezowatymi oczkami i czymś na kształt irokeza na środku głowy? Nie da się.

 

4). Zadbaj o odpowiednią atmosferę.

Przeważająca większość filmów kaijū nie nadaje się do oglądania w garniturze, przy lampce dobrego wina i nastawieniu na artystyczne doznawanie tej pięknej sztuki jaką jest kinematografia. Zdecydowanie lepiej smakują w towarzystwie piwa i kumpli, którzy podłapią ich specyficzny humor. To jest przede wszystkim rozrywka, nie należy tego traktować jako Poważny Seans, ale relaks, przerwę między poważniejszymi produkcjami. I tak powinno się je traktować.

To są najważniejsze rady. Jeżeli postaramy się stosować do nich i choć trochę otworzymy, to będziemy mieli niesamowitą radochę z oglądania tych filmów. Taką, jakiej ja doświadczam od prawie dziesięciu lat. Jednak jeżeli już mamy ochotę i chcemy zagłębić się w świat gumowych kostiumów i kartonowych miast od jakich filmów powinniśmy zacząć? Oto moja krótka lista filmów, które bez zastanowienia poleciłbym osobom, które chcą zapoznać się z tematem.



 
"Godzilla – król potworów" - I nie mówię tutaj o amerykańskiej wersji, czy remake'u z 2000 roku, tylko o oryginalnej czarno-białej wersji z 1954 r. Dlaczego? Po pierwsze: jest to film który zapoczątkował jedną z największych i z całą pewnością najpopularniejszą serię filmów kaijū. Jest to swego rodzaju legenda z którą każdy fan kina powinien się zapoznać. Poza tym jest to bardzo ciekawy film z punktu widzenia historii kinematografii. Film o Godzilli powstał jako personifikacja strachu przed bronią jądrową i zniszczeniami jakie jest w stanie ona dokonać. Został nakręcony przez ludzi, którzy przeżyli zrzut bomby atomowej na Hiroshimę i Nagasaki i to widać, ma mroczny i poważny wydźwięk. Reżyser Ishiro Honda, skupił się nie tylko na postaci samego króla potworów, ale także zniszczeń jakie niesie ze sobą i cierpieniu jego ofiar. Absolutna klasyka.
"The Giant Claw" - Amerykański film z 1957 roku (polskie tłumaczenie tytułu - "Szpon"). Dlaczego akurat ten? Ponieważ zawiera wszystko to co zabawne i interesujące w takich produkcjach. Postać Szpona jest wybitnie zabawna (wielki, kosmiczny sęp z innego wymiaru otoczony magnetyczną barierią uniemożliwiającą zabicie go), efekty specjalne są wręcz ujmujące (nawet jak na tamte czasy były kiepskie, a to już jest sztuka) i komiczna gra aktorów, którzy całą tę kuriozalną fabułę traktują ze śmiertelną powagą. Tego filmu naprawdę ciężko nie lubić i nie da się z niego nie śmiać. Oglądałem go dawno temu w dzieciństwie i całkiem niedawno odkryłem go po raz drugi. Od bardzo dawna żaden film o potworach nie dał mi tyle śmiechu co ten. Świetne i niesamowicie zabawne kino klasy B..
"Reptilicus" - Duńsko-amerykański film z 1961 roku. Klasyczny monster movie, który nie jest aż tak irracjonalny jak "The Giant Claw". Polecam go przede wszystkim osobom, które nie do końca umieją zaprzyjaźnić się z japońską stylistyką i samo hasło "kino japońskie" je odrzuca i powoduje mimowolny odruch wymiotny. Film pod względem scenerii czy aktorstwa ma charakter typowo europejski. Jest całkiem niezły, nie wpisał się może jakoś szczególnie w kanon, ale to dobry kawałek rozrywkowego kina. Warto zaznaczyć, że to jeden z niewielu filmów w których potwora (tytułowego Reptillicusa) nie gra mężczyzna w gumowym kostiumie, ale lalka.

 






 
"Projekt Monster" - Amerykański film z 2008 roku, znany również pod tytułem "Cloverfield". Większość z was powinna go kojarzyć, kampania marketingowa była dość potężna. Warto go zobaczyć, aby przekonać się w jaki sposób kaijū są tworzone współcześnie, przy dużym budżecie. Poza tym to po prostu naprawdę dobry film. Jego pomysłodawcą oraz producentem jest J.J.Abrams, znany przede wszystkim jako reżyser i scenarzysta serialu "Lost". "Projekt Monster" został bardzo dobrze zrealizowany, nakręcono go jedną kamerą z perspektywy głównych bohaterów (podobny zabieg stosowano chociażby w osławionym "Blair Witch project" czy "REC") i skupia się przede wszystkim na anonimowych ofiarach ataku potwora, mających tego pecha, że znaleźli się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. Zabiegi zastosowane przez reżysera pozwalają łatwo wczuć się w sytuacje głównych bohaterów i przeżywać ją razem z nimi. Film okazał się dużym sukcesem (w trakcie swojego pierwszego weekendu w USA zarobił ponad 40 milionów dolarów) i daje nadzieje, że jeszcze przez wiele lat gigantyczne potwory będą nas cieszyć w kinach.

Podsumowując, kaijū to gatunek warty zauważenia i kultowy, także dla mnie. Jeśli tylko przymkniemy oko na niektóre sprawy i damy tym filmom szansę, mogą nas oczarować i dać nam wiele świetnie spędzonych chwil przed srebrnym ekranem. Wszystkim polecam zaznajomienie się chociażby tylko z ww. produkcjami. A wszystkim którzy mimo wszystko krzywo patrzą na moje ukochane potwory i ich dzieło zniszczenia - ostrzegam, tracicie sporą część dobrego, rozrywkowego kina.

Autor recenzji: Robert 'Solar' Szymczak

 


Skomentuj artykuł