| |
|
James Bond, agent
007
Brytyjski agent z licencją na zabijanie walczy z potężnymi
organizacjami, na czele których stoją bogacze -szaleńcy, marzący o władzy nad
światem. Bond pokonuje przeciwników nie tylko dzięki inteligencji, sprytowi i
sprawności fizycznej, ale także dzięki nowoczesnej technologii, przeróżnym
gadżetom, szybkim samochodom, często też przy pomocy kobiety. Cały cykl przygód
Bonda, składający się z 22 oficjalnych części, to cykl filmów bardzo różnych -
dobrych, przeciętnych i kiepskich. Najlepsze są cztery pierwsze filmy z Seanem
Connery'm z lat 1962-65, ale bardzo dobry jest także zrobiony w nowej „niebondowskiej”
konwencji film Martina Campbella Casino Royale (2006) z Danielem Craigiem w roli
tego jedynego w swoim rodzaju agenta. W cyklu nie brakuje ironicznego humoru,
ale najważniejsza jest akcja - widowiskowa, ale często nieprawdopodobna. W
pierwszych filmach serii liczyła się również interesująca intryga szpiegowska, z
czasem filmy o Bondzie stały się przesadnie efekciarską parodią kina akcji. W
cyklu mogą się podobać egzotyczne krajobrazy różnych krajów świata, różnych
kontynentów, znakomita jest także muzyka, szczególnie utwory Johna Barry'ego.
Doktor No (Dr. No, 1962), reż. Terence Young
Film
został wówczas zmiażdżony przez krytyków, ale na ostrą krytykę zasługuje druga
połowa filmu. Pierwsza godzina jest bardzo dobra i trzyma w napięciu. Najpierw
zlikwidowanie agenta i jego sekretarki, potem dziwne wydarzenia typu facet
połykający cyjanek, tajemnicza kobieta z aparatem, tarantula w łóżku Jamesa
Bonda i pościg samochodowy, kończący się upadkiem w przepaść, co Bond kwituje
ironicznym tekstem: „Spieszyli się na pogrzeb”. Z perspektywy czasu widać, że
już ten pierwszy film zawiera wiele elementów, które pozostały niezmienne do
dzisiaj. Już podczas pierwszego pojawienia się w kasynie, główny bohater
przedstawia się jako „Bond. James Bond”, po czym spotyka się z szefem, który
daje mu niebezpieczne zadanie. Bond otrzymuje swój pierwszy gadżet, którym jest
pistolet Walter (wcześniej używał Beretty) i przystępuje do akcji. Musi wyjaśnić
zagadkę podwójnego morderstwa na Jamajce, w międzyczasie flirtuje z kobietami,
przez jedną zostaje zdradzony, a w końcu wpada na trop tajemniczego doktora No.
Od momentu, kiedy Bond trafia na wyspę doktora No, film zaczyna być kiczowaty,
czego dowodem jest chociażby scena, w której kobieta i Murzyn próbują przekonać
Bonda, że smok istnieje. Kiczowaty jest także finał w siedzibie tytułowego
bohatera, przypominający tandetne filmy science-fiction z lat 50. o szalonych
naukowcach. A na koniec mamy efektowną eksplozję. Mimo wad jest to bardzo dobry
film z dobrze poprowadzoną akcją. Film, który przeszedł do historii kina nie
tylko jako początek długiego cyklu, ale także jako początek „nowej ery kina
akcji”.
Pozdrowienia z Rosji (From Russia With Love, 1963), reż. Terence Young
O
ile pierwsza część zawierała elementy sensacyjno-fantastyczne, część druga to
już czyste kino szpiegowskie z intrygą „zimnowojenną”. Pamięta się pojedynek
Seana Connery'ego i Roberta Shawa w pociągu, wielofunkcyjną walizkę Bonda i
Pedro Armendariza w jego ostatniej roli przed samobójstwem. W tym filmie
dowiadujemy się o niejakim Blofeldzie, który na długie lata zostanie stałym i
najgroźniejszym wrogiem Bonda. W tym filmie nie widzimy jego twarzy, w
następnych filmach grają go różni aktorzy, co może sugerować, że często
przechodzi operacje plastyczne, przez co trudniej go schwytać i unieszkodliwić.
Świetny jest pomysł, aby zamiast Blofelda pokazywać jego kota, niezły jest też
pomysł z prologu - „efekt maski” wykorzystany później we wszystkich kinowych
częściach Mission: Impossible. Wzorowe kino szpiegowskie ze świetnie
poprowadzoną intrygą. Świetny klimat, wredne czarne charaktery, dobra akcja, nie
brakuje też efektownej eksplozji pod koniec. Wyraźna poprawa w stosunku do
poprzedniej części, reżyser Terence Young wyciągnął wnioski i zrobił lepszy
film. Chociaż są też niezbyt udane sceny, jak ta w obozie cygańskim.
Goldfinger (1964), reż. Guy Hamilton
Chociaż
Terence Young radził sobie całkiem nieźle, zmieniono reżysera licząc, że
wprowadzi istotne zmiany, które mogą wyjść filmowi na dobre. Jednak Goldfinger
jest lepszy przede wszystkim dlatego, że czarny charakter, tytułowy Goldfinger,
jest bardzo wyrazistą postacią. Kultowa jest scena, w której Bond znajdujący się
w niebezpiecznej sytuacji pyta: „Spodziewa się pan, że będę mówił”, a Goldfinger
odpowiada: „Spodziewam się, że pan umrze”. Oczywiście wiadomo, że Bond nie może
umrzeć, bo nie byłoby filmu, ale mimo tego iż Goldfinger go nie zabije, daje mu
do zrozumienia, że z nim nie ma żartów. Już na samym początku (nie licząc
'wstrząsającego' prologu) Goldfinger pokazuje do czego jest zdolny. Czy to gra w
karty, czy w golfa, zawsze oszukuje, by jak najwięcej zarobić, a nielojalnych
pracowników zabija w okrutny sposób (złota farba, spotkanie z prasą). Nie jest
on oczywiście jedynym groźnym przeciwnikiem w tym odcinku - jest jeszcze pewien
groźnie wyglądający niemy Azjata ze swoim zabójczym kapeluszem. Dynamiczna i
efektowna akcja, zimne blondynki, niesympatyczni i źli przeciwnicy oraz
bajerancki Aston Martin z katapultą w siedzeniu i innymi gadżetami. O ile w
poprzednich filmach można było znaleźć nieudane sceny, to Goldfinger jest niemal
doskonały - więc może jednak zmiana reżysera przyniosła oczekiwany skutek.
Operacja piorun (Thunderball, 1965), reż. Terence Young
Odcinek
wyróżniający się tym, że spora część akcji rozgrywa się pod wodą - te sceny
realizowała oddzielna ekipa specjalizująca się w kręceniu zdjęć podwodnych. Nie
wiadomo, czy Guy Hamilton się nie sprawdził na stołku reżysera, czy tak jakoś
wyszło, że na stanowisko powrócił Terence Young. Ale i tak najlepsze sceny
nakręcił Ricou Browning, reżyser sekwencji podwodnych. Niektórzy zarzucają
filmowi, że liczne podwodne sceny zwalniają tempo, ale ja tak nie uważam. Bardzo
podobał mi się ten odcinek, fabuła jest ciekawa i trochę nietypowa. Autorem
pomysłu nie był Ian Fleming, tylko niejaki Kevin McClory, przez co możliwy był
remake tego filmu, Never Say Never Again w 1983 roku, nie zaliczany do
oficjalnego cyklu. Operacja piorun już w prologu ma świetną akcję, a potem jest
jeszcze ciekawiej, nie brakuje także humoru. Jest ciekawa intryga szpiegowska,
kobiety w dążeniu do celu bywają podstępne, a przestępcy nawet z jednym okiem są
niebezpieczni. Film przekonuje, że pływanie z rekinami nie jest tak straszne,
jak spotkanie z mordercą, a harpun nie powinien służyć tylko do polowania na
duże zwierzęta morskie. Są też w filmie chybione pomysły, np. scena zabicia
agentki Widma, Fiony Volpe, jest kiepsko pomyślana i zrealizowana.
Żyje się tylko dwa razy (You Only Live Twice, 1967), reż. Lewis Gilbert
Każdy
bohater kina akcji żyje co najmniej dwa razy, Bond nie jest wyjątkiem. Swoje
drugie życie przeżywa w Japonii, gdzie wykonuje tajne zadanie, mające na celu
zapobiec III wojnie światowej. Konflikt zbrojny zamierza wywołać niejaki Blofeld
z organizacji Widmo. Napięcie jest tym większe, ponieważ wiemy, że Blofeld
pojawi się także w kolejnych filmach cyklu. W związku z tym zagrożenie nie
zostanie całkiem wyeliminowane. Trop prowadzi do pewnego wygasłego wulkanu,
gdzie rozegra się kulminacyjna scena. Z filmu pamięta się scenę akcji z udziałem
śmigłowca wyposażonego w gadżety i broń (można to uznać za pierwowzór
helikopterów Blue Thunder i Airwolf z filmów lat 80.). To także film, w którym
po raz pierwszy poznajemy osobiście szefa organizacji Widmo, Blofelda o ptasim
wyglądzie Donalda Pleasence'a. Film, mimo wielu akcji, nie dostarcza takich
emocji jak poprzednie części cyklu. Trudno zrozumieć, dlaczego w tamtych czasach
tak obawiano się Rosjan oraz tego, że zdobytą broń będą chcieli użyć przeciwko
USA. Ale ten lęk przed wojną amerykańsko-sowiecką widać w wielu filmach, nie
tylko w tym.
W
tajnej służbie Jej Królewskiej Mości (On Her Majesty's Secret Service, 1969),
reż. Peter Hunt
W poprzednim filmie Bond ożenił się z Japonką na niby, dla dobra misji. Tym
razem żeni się z miłości, a jego wybranką jest niezbyt atrakcyjna hrabina.
Przeciwnicy Bonda nie dadzą mu jednak spokoju - póki żyje Blofeld, agent 007 nie
może liczyć na szczęśliwe życie rodzinne i musi oglądać się za siebie. Blofeld
wygląda już nieco inaczej, jak Telly Savalas, ale Bond także jest inny, mniej
charyzmatyczny - Seana Connery'ego jednorazowo zastąpił George Lazenby. Sporo
jest tu bzdurnych momentów, zakończenie jest zaskakujące, a z ekranu wieje nudą
i nie pomaga efektowna kulminacja w Alpach Szwajcarskich.
Diamenty są wieczne (Diamonds Are Forever, 1971), reż. Guy Hamilton
Odwieczny
wróg Bonda, Ernst Stavro Blofeld, po raz kolejny próbuje namieszać, natomiast
agent 007 stara się go powstrzymać. Motywacja brytyjskiego agenta jest jednak
inna - już nie chodzi tylko o powstrzymanie konfliktu na wielką skalę, ale
chodzi także o osobistą zemstę. W poprzednim filmie serii Blofeld zabił żonę
Bonda, stało się to pod nieobecność Connery'ego - trudno więc uwierzyć, że Bond
Connery'ego miał kiedykolwiek żonę. Jill St. John w roli partnerki Bonda jest
irytująca, nowy odtwórca Blofelda także pozbawiony charyzmy, a scenariusz nie
jest do końca przemyślany. W filmie jest scena, w której Bond wjeżdża w wąski
fragment ślepej uliczki na dwóch prawych kołach, a wyjeżdża na lewych. Albo jest
to po prostu wpadka, albo ironiczne stwierdzenie, że Bond potrafi dokonywać
cudów. Jednak najbardziej z filmu pamięta się piosenkę tytułową w wykonaniu
Shirley Bassey oraz scenę ze skorpionem wrzuconym za koszulę przez parę
homoseksualistów-morderców.
Żyj i pozwól umrzeć (Live and Let Die, 1973), reż. Guy Hamilton
Początek
jest prosty, ale zrealizowany w sposób bardzo intrygujący, klimatyczny - w
tajemniczych okolicznościach giną trzej agenci. Po tym prologu słyszymy
znakomitą piosenkę Paula McCartneya, która wprowadza nas w klimat. Niestety w
dalszej części filmu mamy do czynienia z fabułą związaną z magią voodoo, która
zupełnie nie angażuje widza. Bond jak zwykle pozwala umrzeć swoim wrogom, sam
korzysta z życia flirtując z kobietami. Debiut Jane Seymour od razu w głównej
roli kobiecej jest średnio udany, ale scenariusz nie dawał jej dużego pola do
popisu. Roger Moore sam powiedział - „moja metoda aktorska: podnieść lewą brew,
potem prawą” - i to w filmie wyraźnie widać. Chociaż zagrał Bonda aż 7 razy
uważam, że nie nadawał się do tej roli. Tylko sceny akcji są w stanie uratować
nie tylko ten film, ale też inne z udziałem Rogera Moore'a.
Człowiek
ze złotym pistoletem (The Man with the Golden Gun, 1974), reż. Guy Hamilton
Trudno uwierzyć, że twórca Goldfingera zrobił aż trzy słabe filmy o Bondzie. Ten
również nie zachwyca, więc dobrze, że później zmieniono reżysera. Jednak
Christopher Lee idealnie pasuje do roli przeciwnika Bonda i dla tej roli warto
film obejrzeć. Podobnie jak w Żyj i pozwól umrzeć, Clifton James gra rolę
szeryfa J.W. Peppera, dostarczając przy tym humoru. Film jest jednak zbyt
groteskowy - bliżej mu do parodii, a nie prawdziwego filmu akcji. Złoty pistolet
Scaramangi jest cenną bronią, ale nie pokona Waltera PPK w rękach Bonda.
Niestety ten pojedynek strzelców pozbawiony jest emocji. Za to pomysłowa i
dobrze wykonana jest scena skoku samochodem, przewrotki w locie i upadku na
cztery koła.
Szpieg, który mnie kochał (The Spy Who Loved Me, 1977), reż. Lewis Gilbert
Najlepszy
film z Rogerem Moore'em w roli Bonda. Ciekawe miejsca akcji, interesująca postać
kobieca, bezwzględni przeciwnicy, z których wyróżnia się olbrzym o stalowych
szczękach oraz znakomita muzyka i piosenka Nobody Does It Better. Przede
wszystkim zaś akcja jest dynamiczna, wciągająca i efektowna. Pierwowzór
literacki, tekst piosenki i czas przeszły w tytule sugerują, że tytułowym
szpiegiem może być agent zabity przez Bonda. Twórcy filmu sugerują inne
rozwiązanie - w Bondzie zakochuje się radziecka agentka Ania Amasowa (w tej roli
Barbara Bach). W każdym razie nie jest to film o miłości, tylko o agentach
wykonujących niebezpieczną misję. Nie pierwszy i nie ostatni raz agent brytyjski
pracuje z agentką radziecką, co jest poniekąd próbą pojednania Wschodu z
Zachodem, a co za tym idzie ZSRR i USA.
Moonraker
(1979), reż. Lewis Gilbert
Na końcu filmu Szpieg, który mnie kochał jest napis „James Bond powróci w filmie
Tylko dla twoich oczu”, ponieważ ten film był już w planach. Jednak sukces
Gwiezdnych wojen sprawił, że producenci postanowili umieścić Bonda w kosmosie.
Powstał film Moonraker, którego atrakcją miały być „kosmiczne” efekty specjalne.
Pierwszą część filmu rozgrywającą się m.in. w Wenecji i Brazylii ogląda się
dobrze, powraca olbrzym ze stalową szczęką i jest całkiem efektownie i
dynamicznie. Jednak kiedy akcja przenosi się na prom kosmiczny Moonraker, film
staje się kiczowaty i pozbawiony emocji, w dodatku wspomniany olbrzym przechodzi
przemianę, zaczyna pomagać Bondowi, a nawet się zakochuje (nie w Bondzie), co
wygląda niezbyt wiarygodnie.
Tylko dla twoich oczu (For Your Eyes Only, 1981), reż. John Glen
W prologu
zostaje ostatecznie pokonany Blofeld, ale to wcale nie oznacza, że całe zło
zostało unicestwione. Pojawiają się nowi przeciwnicy, a Bond wcale nie myśli o
przejściu na emeryturę. Prolog jest kiepski, ale po czołówce występuje już
solidna porcja rozrywki i emocji. Film, oprócz efektownych scen akcji, wywołuje
też napięcie, polegające na tym, że od początku nie wiadomo, kto jest czarnym
charakterem (Kristatos czy Colombo). Z filmu pamięta się chociażby sceny
kaskaderskie we włoskim kurorcie narciarskim. Bond trenuje sporty zimowe i
letnie: narciarstwo, nurkowanie i wspinaczkę wysokogórską. Znalazło się miejsce
na znakomitą scenę pościgu samochodowego wąskimi uliczkami Hiszpanii - Bond
ucieka z dziewczyną żółtym Citroenem. Żywa i dynamiczna akcja, interesująca
fabuła z motywem zemsty i zaskakującymi zwrotami akcji oraz piękne plenery od
Grecji, poprzez Hiszpanię i Włochy, na wyspie Korfu kończąc.
Ośmiorniczka (Octopussy, 1983), reż. John Glen
Największą
zaletą filmu jest piosenka Johna Barry'ego All Time High w wykonaniu Rity
Coolidge. Z resztą bywa różnie, są zabawne sceny („ostatnio jajka zdrożały”), są
sceny żenujące (Bond w przebraniu klowna, scena w dżungli, w której Bond mówi do
tygrysa „Siad!”, a do węża - „Spełznij!”), są oryginalne pomysły (pościg za
pociągiem samochodem na felgach, Bond w przebraniu ... krokodyla), są próby
trzymania widza w napięciu (rozbrajanie bomby), są baśniowe postacie i miejsca
(afgański książę, indyjski pałac) i egzotyczne scenerie (Kuba, Indie). Przede
wszystkim jest dynamiczna akcja i sporo scen kaskaderskich, ale nie ratują one
filmu, bo scenariusz jest infantylny i nieprzemyślany.
Zabójczy widok (A View to a Kill, 1985), reż. John Glen
Przeniesiono
na ekran już wszystkie powieści Fleminga, ale mimo to postanowiono kontynuować
serię, opierając się tym razem na oryginalnych scenariuszach. Chociaż
Christopher Walken idealnie wcielił się w postać przeciwnika Bonda, nie uratował
tego filmu. Stary i znudzony rolą Roger Moore oraz ładna, ale jednak irytująca,
Tanya Roberts, a także beznadziejna fabuła i kiepsko wykonane sceny akcji (np.
jazda wozem strażackim oraz finał na moście Golden Gate) sprawiają, że
ewidentnie widać w filmie brak dobrych pomysłów, infantylność scenariusza, kicz
i tandetę. Niektóre pomysły mogą się podobać (jazda konna z przeszkodami oraz
scena, w której Bond mówi do taksówkarza „Za tym spadochronem!”), ale jest ich
zbyt mało, by przykuć uwagę widza do końca filmu.
W obliczu śmierci (The Living Daylights, 1987), reż. John Glen
Wraz ze zmianą
aktora z Rogera Moore'a na Timothy Daltona zmienia się konwencja cyklu na
bardziej poważną. A co najważniejsze, zmienia się na lepsze. Fabuła wciąga i
zaskakuje, bohaterowie są nieprzewidywalni, sceny akcji bardzo dobre. Przyzwoite
kino szpiegowskie z ciekawą intrygą, nawiązującą poniekąd do radzieckiej
interwencji w Afganistanie. Dalton w roli Bonda ma bardziej realistycznych
przeciwników, w tym filmie są to handlarze bronią, w następnym - handlarze
narkotyków.
Licencja na zabijanie (Licence to Kill, 1989), reż. John Glen
Film wyróżnia
się dużą dawką brutalnej przemocy. Konflikt z potentatem narkotykowym kończy się
tragicznie dla przyjaciela Bonda, agenta CIA Felixa Leitera i jego nowo
poślubionej żony. Schwytanie i zabicie morderców jest dla Bonda sprawą osobistą,
co powoduje, że jego szef zabiera mu licencję na zabijanie i odsuwa od sprawy.
Agent 007 musi działać na własną rękę. Mocny i efektowny film z dobrą akcją,
chociaż przesadą jest scena z Tirem. James Bond, nawet pozbawiony licencji na
zabijanie, jest bezwzględny. Nawet ogarnięty myślą o zemście potrafi trzeźwo
myśleć i działać rozsądnie.
GoldenEye - Złote Oko (GoldenEye, 1995), reż. Martin Campbell
Pierce Brosnan
najbardziej pasuje do roli agenta Jamesa Bonda i tuż po Connery'm jest
najlepszym odtwórcą tej roli. Mocnym atutem filmu jest obsada - Sean Bean,
Izabella Scorupco i Famke Janssen bardzo dobrze odegrali swoje role. Prolog jest
bardzo naciągany, wiele jednak mówi o tym, że jest to powrót do bardziej
komiksowej wizji pracy agentów (Bond jedzie na motocyklu, po czym ... łapie
samolot w locie). Jak przetrwamy ten początek jesteśmy już w stanie przełknąć
każdą filmową bzdurę. Choć scena z czołgiem może się wydawać niezamierzenie
zabawna, to jednak spora ilość ironicznego humoru w filmie sprawia, że nawet
przesadnie efekciarskie pomysły idealnie tu pasują. Aktorzy grają z dystansem, a
reżyser i scenarzyści nie udają, że to tylko rozrywka.
Jutro nie umiera nigdy (Tomorrow Never Dies, 1997), reż. Roger Spottiswoode
Film zawiera
mistrzowsko skonstruowane sceny, błyskotliwe dialogi oraz świetny bajerancki
gadżet - BMW sterowane pilotem. Nie brakuje akcji, kaskaderskich popisów i kung
fu, ze względu na udział azjatyckiej gwiazdy - Michelle Yeoh. Ucieczka na
motocyklu, skok z wieżowca i sceny z samochodem pełnym gadżetów to tylko
niektóre zapadające w pamięć sceny akcji. A motyw z gazetą opisującą jutrzejsze
wydarzenia jest bardzo aktualny w czasach, kiedy gazety walczą o wyłączność i
pierwszeństwo.
Świat to za mało (The World Is Not Enough, 1999), reż. Michael Apted
Z tego filmu
pamięta się przede wszystkim świetną kreację aktorską Sophie Marceau - jest ona
przekonująca jako pełna uroku, ale jednak podstępna i okrutna kobieta, która
nawet w obliczu śmierci zachowuje zimną krew i trwa przy swoich przekonaniach.
James Bond chociaż jest dżentelmenem, nie zawaha się jej zabić, kiedy uzna to za
konieczne. Niestety film nie prezentuje już nic więcej ponad to, co już
wcześniej widzieliśmy, a Denise Richards jest tu irytująca i bezbarwna.
Śmierć nadejdzie jutro (Die Another Day, 2002), reż. Lee Tamahori
Przezabawna
jest scena, w której 'R' (następca specjalisty od gadżetów 'Q') pokazuje Bondowi
niewidzialny samochód. Scena ta sugeruje, że mamy do czynienia z jednej strony z
parodią cyklu, z drugiej zaś strony - z fantastyczną bajką. W dalszej części
obserwujemy wiele nawiązań do poprzednich filmów, co raczej nie wygląda na hołd,
tylko po prostu brak pomysłów. Sceny akcji mają potencjał, ale został on
zmarnowany (przesadnie efekciarski pojedynek na szpady). W dodatku idiotyczny
pomysł z Koreańczykiem w ciele Anglika - to zapewne nawiązanie do beznadziejnego
pomysłu z Doktora No, w którym Chińczyka grał Kanadyjczyk. Plusem jest kreacja
Rosamund Pike w roli zimnej blondynki.
Casino Royale (2006), reż. Martin Campbell
Film bardzo
pozytywnie zaskakuje. Oprócz efektownych scen akcji, zawiera dużo napięcia
(trudno jest cokolwiek przewidzieć), ciekawą logiczną fabułę, dobre dialogi i
całkiem niezłe aktorstwo (Daniel Craig i Eva Green). Dostarczający emocji i
trzymający w napięciu jest pościg na Madagaskarze, ale sceny rozgrywające się w
kasynie także utrzymane są na dobrym poziomie. Bond to stały bywalec kasyn -
pamiętamy, że jego pierwsze pojawienie się w Doktorze No miało miejsce właśnie w
kasynie.
Po wielu dynamicznych scenach następuje zwolnienie akcji, by pokazać romans
między parą głównych bohaterów. Jednak film ani przez chwilę nie jest nudny.
Podobała mi się też piosenka Chrisa Cornella i Davida Arnolda You Know My Name.
Jedynym minusem filmu jest nieprzekonująca rola czarnego charakteru - Le
Chiffre'a.
Casino Royale to najlepszy film z serii - najciekawszy, najbardziej zaskakujący
i najbardziej dramatyczny. Powinien spodobać się także tym, którzy nie są fanami
cyklu.
Quantum of Solace (2008), reż. Marc Forster
Z poprzednich
filmów wiemy, że gdy Bond jest wściekły i żądny zemsty, to nadużywa licencji na
zabijanie i najlepiej zejść mu z drogi. W interpretacji Daniela Craiga agent 007
jest pozbawioną poczucia humoru „maszynką do zabijania”, nie romansuje z
kobietami i staje się kimś zupełnie innym. Sceny akcji są mechaniczne i
pozbawione inwencji. To już nie jest zabawa w agentów, tylko poważna próba
stworzenia kina akcji na miarę XXI wieku w stylu przygód Jasona Bourne'a -
próba, moim zdaniem, nieudana. Po obejrzeniu filmu szybko się o nim zapomina i
już nie czeka się z niecierpliwością na kolejną część cyklu.
Nieoficjalne części cyklu
Casino Royale (1967), reż. John Huston (sceny w domu Jamesa Bonda i w szkockim
zamku), Val Guest (sceny z Woody'm Allenem i dodatkowe sekwencje z Davidem
Nivenem), Kenneth Hughes (sceny w Berlinie), Robert Parrish (sceny z Peterem
Sellersem i Orsonem Wellesem), Joseph McGrath (sceny z Peterem Sellersem, Ursulą
Andress i Orsonem Wellesem)
Pięciu
reżyserów, z Johnem Hustonem na czele, może sugerować, że mamy do czynienia z
epizodyczną konstrukcją, a więc każdy z reżyserów pracował pewnie oddzielnie.
Chociaż film ten opowiada raczej jednowątkową historię o przygodach brytyjskiego
agenta, to podzielony jest na epizody zrealizowane w różnym stylu. Fabuła
zainspirowana powieścią Iana Fleminga jest pretekstem do sparodiowania
pierwszych czterech filmów o Bondzie. W filmie są zwariowane sytuacje, które
wskazują, że to komedia, ale niestety dowcipy nie są śmieszne i pozbawione
uroku, by nie powiedzieć, żenujące. John Huston nie był specjalistą od komedii i
zdarzały mu się wpadki, ale trudno uwierzyć, że w ten projekt zaangażowali się
aktorzy, tacy jak Peter Sellers, Orson Welles i David Niven. Jedyne, co w filmie
zasługuje na uwagę, to muzyka Burta Bacharacha.
Nigdy nie mów nigdy (Never Say Never Again, 1983), reż. Irvin Kershner
Sean Connery
powrócił do roli Bonda w nieoficjalnej części cyklu, będącej poniekąd remake'em
Operacji piorun. Wytwórnia Eon posiadała prawa do powieści Fleminga i postaci
Bonda, jednak autorem Operacji piorun był niejaki Kevin McClory i dzięki temu
realizacja tego remake'u była możliwa.
Film ma zabawne sceny i wartką akcję. Chociaż w tamtych latach Bond znany był
pod postacią Rogera Moore'a, to powracający w tej roli Sean Connery pokazał, że
to on jest prawdziwym Bondem. Mimo podeszłego wieku aktor nie stracił charyzmy i
nie powinno nikomu przeszkadzać, że flirtuje z młodszą o 23 lata Kim Basinger.
Aktorstwo jest słabe, twórcy też się nie popisali i powstała ramotka - nudna,
bezmyślna i przewidywalna. Sean Connery otrzymał nauczkę, aby bardziej starannie
wybierać role - przekonał się, że ważniejszy jest scenariusz, a nie milionowe
honorarium.
Na koniec wyliczanka.
10 najlepszych filmów serii:
1. Casino Royale (2006), reż. Martin Campbell
2. Goldfinger (1964), reż. Guy Hamilton
3. Operacja piorun (Thunderball, 1965), reż. Terence Young
4. Pozdrowienia z Rosji (From Russia With Love, 1963), reż. Terence Young
5. Doktor No (Dr. No, 1962), reż. Terence Young
6. Szpieg, który mnie kochał (The Spy Who Loved Me, 1977), reż. Lewis Gilbert
7. GoldenEye - Złote Oko (GoldenEye, 1995), reż. Martin Campbell
8. Jutro nie umiera nigdy (Tomorrow Never Dies, 1997), reż. Roger Spottiswoode
9. W obliczu śmierci (The Living Daylights, 1987), reż. John Glen
10. Tylko dla twoich oczu (For Your Eyes Only, 1981), reż. John Glen
Autor artykułu:
Peckinpah
Blog: www.panorama-kina.blogspot.com

Skomentuj artykuł
|
|
|