|
|
Ciągła praca, brak zabawy, nudzą Jacka takie sprawy. Lśniący ambaras Stanley’a Kubricka W trwającym półtorej minuty zwiastunie
„Lśnienia” Stanley’a Kubricka widzowie zostali dosłownie zalani hektolitrami
krwi wydobywającej się z hotelowej windy. Trailerowi towarzyszyła jedynie
niepokojąca muzyka oraz czołówka filmu. Już po tej krótkiej zapowiedzi można
było spodziewać się kolejnego nietuzinkowego dzieła spod ręki mistrza Kubricka. „Scenę windową” z pewnością można zaliczyć do warstwy obrzydliwości, którą Stephen King określił jako jedną z kluczowych elementów każdego horroru. Mistrz literackiej grozy tak pisał o niezbędnych składnikach służących do straszenia odbiorców: „Warstwę wierzchnią stanowi poziom 'obrzydliwości' (...) Obrzydliwość można realizować z różnym stopniem wrażliwości artystycznej, ale jej obecność jest nieodzowna. Natomiast na drugim, znacznie istotniejszym poziomie, każdy horror przypomina taniec-ruchome, rytmiczne poszukiwania. Ich obiektem jest miejsce, gdzie wy, czytelnicy czy też widzowie, reagujecie na bardziej prymitywnym poziomie. Horroru nie interesuje cywilizacyjne umeblowanie naszego życia. Takie dzieło tańczy przez wszystkie pomieszczenia naszej duszy, które umeblowaliśmy kawałek po kawałku, a każdy element ich wystroju podkreśla (...) nasz powszechnie akceptowany, sympatyczny i oświecony charakter. Danse macabre poszukuje innego miejsca, pomieszczenia, które może przypominać sekretną garsonierę wiktoriańskiego dżentelmena, czasami izbę tortur hiszpańskiej inkwizycji - lecz zapewne najczęściej i najbardziej prostą, prymitywną, brzydką grotę jaskiniowca z epoki kamienia łupanego” [i]. Nieco dalej King stwierdza, że horror można podnieść do rangi sztuki właśnie dzięki drugiemu poziomowi, poprzez który widz doświadcza dreszczyku grozy. W świetle tych słów dziwić może fakt, że pisarz tak niepochlebnie wypowiadał się o ekranizacji „Lśnienia” dokonanej przez Kubricka, przyrównując film do cadillaca bez silnika i zarzucając reżyserowi brak znajomości podstawowych wyznaczników gatunku. Film twórcy „Mechanicznej pomarańczy” opiera się wszak w głównej mierze na wywoływaniu wrażenia nieustannego niepokoju u widza, a sceny odpychające i niesmaczne ogranicza do minimum. W świetle słów literata film ten powinien być horrorem totalnym, jednak z jakiegoś powodu nie przypadł on do gustu autorowi pierwowzoru literackiego, a widzowie mieli problemy z odnalezieniem się w zawiłościach formalnych (recenzentka Pauline Kael zarzuciła mu odejście od przyjętych form gatunkowych, jak również brak określonej ontologii zjaw pojawiających się w hotelu Overlook) [ii]. W niniejszej pracy postaram się krótko
przedstawić w jaki sposób Kubrick zbudował grozę w „Lśnieniu” oraz wskazać kilka
newralgicznych różnic między pierwowzorem literackim a jego adaptacją, które
mogły spowodować złość Kinga i zdezorientowanie widzów. W jednej ze swoich prac teoretycznych Siergiej Eisenstein, Wsiewołod Pudowkin i Grigorij Aleksandrow wydali oświadczenie, w którym głosili, że „Miast podążać za obrazem (w sensie zgodności rytmicznej i nastrojowej), muzyka miała prowadzić własną linię dramatyczną, niezależną od treści obrazu bądź jej przeciwną. Ten rodzaj rozwiązania zwracał uwagę widza na muzykę znacznie bardziej wówczas, gdy między muzyką a obrazem panowała całkowita zgodność” [iii]. Metodą tą posłużył się Kubrick w sekwencji otwierającej film – pięknym górskim krajobrazom towarzyszy kompozycja Wendy Carlos i Rachel Elkind (będąca przeróbką „Dies irae oratorium ob memoriam” Krzysztofa Pendereckiego), która jest niepokojąca, groźna i nijak nie współgra z obrazem. Dzięki temu już od pierwszych sekund Kubrick wprowadza widza w stan ustawicznej gotowości, każe mu być czujnym, od samego początku sugerując, że rzeczy nie zawsze są takie, jakie się wydają. W dalszej części filmu utwory Bartoka czy Pendereckiego lepiej współgrają z przedstawianymi wydarzeniami, ale w „Lśnieniu” „Muzyka wychodzi stale 'przed' obraz, drażni, niepokoi, męczy, wprawia nerwy słuchacza w stan wibracji, czyni go 'gotowym' do poddania się atmosferze niepewności i zagrożenia. Muzyka konotuje bowiem obcość i niezrozumiałość, nie pozwala nam oswoić świata przedstawionego ani na chwilę” [iv]. Ścieżka dźwiękowa z pewnością zalicza się do jednego z elementów wprowadzających grozę na ekranie. Chyba każdy się zgodzi, że używanie muzyki do straszenia widzów jest chwytem dość popularnym, nagminnie stosowanym przez twórców horroru. Wystarczy przecież pozornie sielski obrazek doprawić niepokojącą kompozycją, a widz już odczuwa dreszczyk trwogi (przykładem w „Lśnieniu” jest pierwsza sekwencja). Jednak Kubrick niejako odwraca tę sytuację w ostatniej scenie filmu, kiedy nadnaturalnym i przerażającym wydarzeniom towarzyszy beztroski utwór „Midnight, the stars and you”, który mimo przyjemnej melodii potęguje wrażenie grozy u widza (do omawiania ostatniej sekwencji filmu powrócę w dalszej części tekstu). Kolejnym elementem dzieła filmowego, którym posługują się twórcy horrorów, aby wywołać w widzu niepokój są mroczne wnętrza, w których rozgrywa się akcja. Jednak tym razem Kubrick wprowadził pewne novum do gatunku – pomieszczenia hotelu Overlook są zawsze w pełni oświetlone, a wystrój wnętrz nie przypomina w niczym ponurego zamczyska Drakuli. Pauline Kael odczytuje to jako główną wadę filmu Kubricka, jednak moim zdaniem jest to duży plus „Lśnienia”. Jasność hotelu prowadzi do tego, że być może po raz pierwszy w historii widz może w pełni „przyjrzeć” się makabrze, jaka rozgrywa się na ekranie, jego uwadze nie umknie nawet najmniejszy szczegół. Jest to pewnego rodzaju psychiczna tortura wymierzona w odbiorcę, bo przecież od dziecka mówiono mu, że potwory kryją się w ciemności, a światło je przegania; jednak teraz ma do czynienia z wcieleniem zła, jakim jest Jack Torrance, grasującym w blasku jarzeniówek Overllok. Tym razem to jasność niesie ze sobą zagrożenie - nie tylko w sensie dosłownym (oświetlenie), ale i przenośnym - to najprawdopodobniej zdolność Danny'ego, który „lśni” (bądź też „jaśnieje”, w zależności od przekładu), obudziła zło kryjące się w hotelu. Jednakże najbardziej przerażające w
„Lśnieniu” nie są różne sztuczki formalne stosowane przez reżysera, aby widza
przestraszyć, ale zło wypływające z ludzkiego wnętrza. To Jack Torrance jest
„czynnikiem”, który budzi największą trwogę. Gdy oszalały, ranny, goni
z siekierą żonę i syna, ma się wrażenie, że Kubrick przekroczył ostateczną
granicę ludzkiej wytrzymałości na strach - co innego hektolitry krwi i zjawy, a
co innego podskórna świadomość, że najgorsze rzeczy nie są skutkiem jakichś
metafizycznych zjawisk, ale pochodzą od nas samych. Rodzą się z naszej niskiej
samooceny, braku miłości, kompleksów, zagubienia w labiryncie własnej psychiki i
gdyby tylko zdarzyło się, że zostalibyśmy odizolowani od świata podobnie jak
Torrance, to kto wie, czy również nie popadlibyśmy w morderczy obłęd? Problem
ten świetnie ujął Piotr Kletowski: „Groza w 'Lśnieniu' wynika nie z faktu, że
istnieje jakaś istniejąca poza tym światem rzeczywistość, dążąca do zniszczenia
nas - jak ma to miejsce w powieści Kinga -lecz z przeświadczenia, że jesteśmy
sami i na siebie samych skazani. I jeżeli odrzucamy porozumienie, miłość
i solidarność, nienawidzimy się i zabijamy, nie ma dla nas szansy, sami
skazujemy się na zagładę”
[v].
Niestety w przypadku „Lśnienia” to co w
nim najlepsze, czyli postać Jacka Torrance’a genialnie wykreowana przez Jacka
Nicholsona, jest równocześnie pierwszą kwestią, której niektórzy widzowie mogli
nie zrozumieć, a King (moim zdaniem słusznie) może mieć pretensje do reżysera.
Przemiana Jacka w filmie dokonuje się nagle. Jak zauważył Daniel Wołyniec: „Grozę,
a nawet popłoch, budzi też niejednoznaczna wymowa dzieła - właściwie nie sposób
jest stwierdzić, jakie są przyczyny, dla których przykładny mąż i kochający
ojciec dostaje pewnego dnia kompletnego świra”
[vi].
W jednej chwili jest, może nieco oschłym, ale jednak całkiem
„normalnym” mężem i ojcem, by w następnej stać się niebezpiecznym socjopatą.
Pierwsze objawy przemiany Jacka następują, gdy Wendy przerywa mu w pisaniu
powieści. Dla widza, który nie zna pierwowzoru powieściowego, jego zachowanie
może wydawać się nieracjonalne i niezrozumiałe. Co prawda, uważniejsi odbiorcy
mogą pamiętać o rozmowie, jaką Jack odbył z dyrektorem hotelu o chorobie zwaną
gorączką więzienną - formą klaustrofobii, która w skrajnych przypadkach może
prowadzić do halucynacji i agresji. Jednak jeśli nie pamięta się o tym
schorzeniu, to trudno jest sobie wytłumaczyć zachowanie Torrance'a. Natomiast w
przypadku znajomości pierwowzoru literackiego dużo łatwiej jest pojąć, dlaczego
Jack zaczął zachowywać się agresywnie wobec swojej żony, skoro chwilę przedtem
Kubrick pokazał widzom scenę, w której ich stosunki były jak najbardziej
poprawne (kiedy Wendy przynosi Jackowi śniadanie do łóżka i rozmawiają o ich
przyszłości). Otóż w momencie wybuchu Jacka jako jeden z rekwizytów występuje
gruba księga, w której znajdują się wycinki prasowe. Można przypuszczać, że jest
to album, który „książkowy” Jack znalazł w piwnicy hotelu, i od którego zaczął
się cały ambaras z duchami i ganianiem za rodziną w morderczym amoku. Znajomość
lektury sprzyja zrozumieniu motywacji bohatera. Co więcej, odnoszę wrażenie, że
jedynie widz znający książkowy pierwowzór, zwraca uwagę na to, że na stole leży
album (przygotowując się do pisania tej pracy, zatrzymałam film i poprosiłam
koleżankę, która nie zna książki, aby opisała mi, co znajduje się na stole, przy
którym siedzi Jack; koleżanka w ogóle nie zwróciła uwagi na leżącą na stoliku
książkę). Jest
to zapewne objaw słynnego perfekcjonizmu Kubricka - mimo iż w filmie album nie
odgrywa żadnej znaczącej roli (poza zapewne celową wskazówką co do przyczyn
zachowania głównego bohatera dla widów, którzy czytali „Lśnienie”), książka
pojawia się w kadrze zapewne tylko dlatego, że wspomina o niej King. Jak już
wcześniej wspominałam, pisarzowi nie spodobała się Kubrickowska wersja jego
książki, a jedną z przyczyn może być całkowita zmiana psychologii głównej
postaci. W powieści Jack Torrance jest bohaterem znacznie bardziej pozytywnym.
Co prawda to były alkoholik, który kiedyś złamał Danny'emu rękę, ale uporał się
ze swoim uzależnieniem i czytelnik nie ma wątpliwości, że kocha syna ponad
wszystko. To zło, które zagnieździło się w hotelu doprowadziło go do obłędu i
zmusiło do zaatakowania własnej rodziny. Overlook w pewnym sensie opętał Jacka,
wykorzystując jego słabą psychikę, ale nawet mimo tego, jego osobowość
przebijała przez władającą nim siłę (w krytycznym momencie mówi do syna: „Zwiewaj,
stary (...). Prędko. I pamiętaj jak bardzo cię kocham”
[vii]). U Kubricka natomiast Jack to socjopata, potwór, który z bardziej lub mniej
zrozumiałych powodów postanawia zamordować swoją rodzinę przy użyciu topora. Co
prawda, to właśnie jego całkowita dehumanizacja sprawia, że jest tak
przerażający, jednak moim zdaniem Kubrick nieco przeszarżował. Czy ukazanie, jak
kochający swego syna człowiek, powoli staje się pożywką zjaw wszelakich, które
stopniowo zmuszają go do zwrócenia się przeciwko swojej rodzinie, nie byłoby
wystarczająco przerażające? Oprócz huśtawki nastrojów Jacka Torrance'a widzowie
mogą być też zdezorientowani ontologią zjaw pojawiających się w „Lśnieniu”. U
Kinga wszystko jest jasne. Widma generowane są przez sam hotel, aby zasiać w
Jacku zło, Danny „lśni”, dlatego widzi poprzez zasłonę czasu krwawą historię
Overlook, natomiast prawdziwa eskalacja zjaw następuje pod sam koniec powieści,
kiedy zaczyna je dostrzegać nawet Wendy. Jednak ani przez chwilę nie ma
wątpliwości, że są one czymś metafizycznym, pochodzącym z zewnątrz, spoza
dostępnej zwykle ludziom przestrzeni percepcji. Jak sprawy mają się u Kubricka?
To wie chyba tylko sam reżyser. Przystępując do realizacji „Lśnienia”, Kubrick postawił sobie za cel stworzenie horroru totalnego, tak przerażającego, że widzowie długo nie będą mogli o nim zapomnieć. Wielu uważa, że z tej bitwy wyszedł z tarczą, dostarczając mrożącego krew w żyłach widowiska. Jednak ontologiczna niejasność pojawiających się zjaw, jak i sporo tropów interpretacyjnych danych widzom, które tak naprawdę wiodą na manowce według mnie są dowodem na to, że nawet mistrz perfekcjonizmu, jakim był Kubrick, czasem zawodzi. Bo czy naprawdę ktoś potrafi jednoznacznie stwierdzić, co się wydarzyło w hotelu Overlook zimą 1979? Czy był to bezprecedensowy przypadek zbiorowej schizofrenii, czy po prostu stary, dobry nawiedzony budynek? Na to pytanie odpowiedź zna chyba tylko reżyser. *** [i] S. King, Danse Macabre, Warszawa 2005, s. 22. [ii] Patrz: P. Kletowski, Filmowa odyseja Stanleya Kubricka, Kraków 2007, s. 264. [iii] A. Helman, A. Pitrus, Podstawy wiedzy o filmie, Gdańsk 2008, s. 138. [iv] A. Helman, Twórcza zdrada. Filmowe adaptacje literatury, Poznań 1998, s. 99. [v] P. Kletowski, op. cit., s. 234. [vi] D. Wołyniec, Przerażające dzieje horroru z ambicjami, http://www.stopklatka.pl/artykuly/artykul.asp?wi=55361 [vii] S. King, Lśnienie, Warszawa 1997, s. 462. [viii] P. Kletowski, op. cit., s. 233. [ix] A. Helman, op. cit., s. 99. [x] A. Kołodyński, Seans z wampirem, Warszawa 1986, s.181. [xi] S.King, op. cit. , s. 238. Autor artykułu:
Marta Kolorz |
|
|||