|
|
Największe hobby Tarantino i Rodrigueza Tarantino i Rodriguez to od piętnastu lat jedne z
najgłośniejszych nazwisk światowego kina. Ich przyjaźń i artystyczna współpraca
zaowocowały kontrowersyjnymi, szeroko dyskutowanymi filmami, do których należą „Desperado”,
„Od zmierzchu do świtu”, „Kill Bill” czy „Grindhouse”. Opinie (zarówno krytyków,
jak i widzów) na temat produkcji, firmowanych nazwiskami Tarantino i Rodrigueza,
są skrajnie różne. Wielu uważa filmowców za prekursorów kina
postmodernistycznego. Nie brak jednak głosów, że ich obrazy są puste, kiczowate,
pozbawione świeżych pomysłów. Zdaniem niektórych, filmy te przekraczają granice
dobrego smaku, są nazbyt brutalne i krwawe. Inni zaś porównują je do dzieł
takich klasyków, jak Sam Peckinpah, John Woo czy Sergio Leone. Cokolwiek mówi
się o twórczości Tarantino i Rodrigueza, ich kolejne projekty nigdy nie
przechodzą bez echa i kształtują język współczesnego kina. Obaj filmowcy bez
wątpienia mają już znaczące miejsce w historii kinematografii. Początkowo, by uzyskać fundusze na realizację własnego projektu, sprzedawał swoje scenariusze. To na ich podstawie powstali głośni „Urodzeni mordercy” Olivera Stone’a (1994) i „Prawdziwy romans” Tony'ego Scotta (1993). Aby samodzielnie wyreżyserować film, Tarantino podjął staż w Sundance Institute (organizacji non-profit, założonej w 1981 przez Roberta Redforda, która bazuje na współpracy młodych twórców z uznanymi już w branży oraz wspiera kino niezależne), gdzie uczył się fachu od takich mistrzów, jak Sydney Pollack czy Terry Gilliam. Ostatecznie nowym scenariuszem młodego reżysera zainteresował się Harvey Keitel, który nie tylko przekonał kolegów z Hollywood do realizacji filmu, ale i zagrał w nim jedną z głównych ról. Debiutanckie „Wściekłe psy” miały swą premierę w 1992 roku i od razu przyniosły Tarantino rozgłos, otwierając drzwi do wielkich hollywoodzkich wytwórni. Film docenili krytycy, przyznając mu nagrodę FIPRESCI na festiwalu w Toronto, gdzie Tarantino poznał – również prezentującego swój debiutancki obraz – Roberta Rodrigueza. Podobnie jak w przypadku Quentina Tarantino, miłość
Rodrigueza do kina ma swój początek w jego wczesnym dzieciństwie. Od
najmłodszych lat, zakupioną przez ojca amatorską kamerą video, kręcił krótkie
fabularne filmiki, w których role aktorów i ekipy technicznej pełnili jego braci
i siostry. Już jako student University of Texas w Austin, jeden z takich filmów
(„Bedhead”, z udziałem najmłodszej trójki z dziesięciorga rodzeństwa)
zarejestrował na taśmie 16 mm i uzyskał za niego wiele wyróżnień na lokalnyc Robert Rodriguez reżyserem postanowił zostać w dzieciństwie,
gdy zobaczył "Ucieczkę z Nowego Jorku" Johna Carpentera – obraz nie mniej
brutalny niż wczesne inspiracje Tarantino. Swój pierwszy film sfinansował z
pieniędzy uzyskanych za udział w programie, którego celem było zbadanie
działania nowego leku. Zamknięty w izolatce w ramach owego eksperymentu,
Rodriguez napisał scenariusz do swojego debiutu. Udało mu się zrealizować go za
jedyne siedem tysięcy dolarów dlatego, że sam zajął się reżyserią, zdjęciami,
montażem, muzyką (co stało się znamienne także dla jego późniejszych,
wysokobudżetowych produkcji), a po drugiej stronie kamery znaleźli się w
większości członkowie jego rodziny i przyjaciele. W ten sposób powstał pierwszy
odcinek kultowej trylogii o muzyku-mścicielu z karabinem w futerale od gitary –
„El Mariachi”. Podobnie jak „Wściekłe psy” Tarantinio, błyskawicznie zdobył
liczne wyróżnienia, zyskał uznanie krytyków, sympatię widzów i przeszedł do
historii jako najtańszy obraz wypuszczony przez dużą wytwórnię (prawa do
dystrybucji video wykupiła Columbia Pictures) oraz pierwszy amerykański film w
hiszpańskiej wersji językowej. Znajomość, którą Tarantino i Rodriguez zawarli w 1992 roku w
Toronto, szybko przerodziła się w przyjaźń i stałą zawodową współpracę. Okazało
się bowiem, że obaj panowie czerpią inspirację z tych samych źródeł (chińska
kinematografia, spaghetti-westerny, kino klasy B), dzielą zamiłowanie do
pastiszu i mają podobne, czarne poczucie humoru. Przede wszystkim jednak
spotkały się dwie wielkie osobowości, które połączyła wspólna życiowa pasja. Dla
obojga kino jest przygodą, wyzwaniem, a zarazem wspaniałą rozrywką, którą pragną
zapewnić zarówno widzom, jak i samym sobie. Wszystko wskazuje na to, że filmowcy
wspierają wzajemnie swoją artystyczną działalność nie tyle w celach
marketingowych, co po to głównie, by wziąć udział w jeszcze jednym zwariowanym
projekcie. Współpraca duetu zaczęła się podczas zdjęć do „Pulp Fiction” (1994). Film ten to bez wątpienia opus magnum (przynajmniej jak dotąd) Tarantino, obraz, który nie tylko trafił do klasyki kina, ale i odmienił jego oblicze. Reżyser stworzył go przełamując wszelkie kanony – od stylu narracji, po stereotyp gangstera. „Pulp Fiction” to kombinacja kina sensacyjnego i czarnej komedii, o zaburzonej chronologii wydarzeń, które splatają losy wszystkich bohaterów. Oryginalny scenariusz został uhonorowany Oscarem, ale film stał się kultowy głównie dzięki niezapomnianym kreacjom Johna Travolty, Umy Thurman czy Samuela L. Jacksona, dialogom, z których cytaty na stałe weszły do potocznego języka, piosenkom starannie wybranym przez Tarantino z muzycznego lamusa oraz poszczególnym scenom (jak choćby twist odtańczony przez Mię i Vincenta), które stały się symboliczne dla współczesnej pop-kultury. Robert Rodriguez wyreżyserował w „Pulp Fiction” ujęcia z udziałem Tarantino (zwykł występować choć w niewielkich epizodach swoich filmów). Jego nazwisko nie pojawiło się w napisach końcowych. Rodriguez po prostu wyświadczył przyjacielowi przysługę, za co ten zrewanżował się swoim udziałem w kontynuacji „El Mariachi”. W „Desperado” (1995) Quentin Tarantino zagrał
niewielką, specjalnie napisaną dla niego rolę klienta baru, w której zabłysnął
talentem komediowym. Przede wszystkim jednak miał okazję uczestniczyć w
produkcji, która stała się nie mniej kultowa niż „Pulp Fiction”. Zrealizowany
przy tysiąckrotnie większym budżecie sequel (a właściwie remake) debiutu
Rodrigueza łączy w sobie elementy kina akcji i westernu, które jednak zostały
wykorzystane z dużym przymrużeniem oka. W zamierzony sposób ocierają się o
filmową tandetę (co stało się charakterystyczne dla produkcji obu reżyserów), są
przedmiotem zabawy konwencją. W konsekwencji krwawa opowieść o zemście skrzy się
dowcipem, zapada w pamięć dzięki widowiskowej choreografii i niekonwencjonalnym
postaciom głównych bohaterów, w których role wcielili się – odkryci przez
Rodrigueza dla amerykańskiego przemysłu filmowego – Antonio Banderas i Salma
Hayek. W 1995 roku miał premierę pierwszy obraz oficjalnie sygnowany nazwiskami obu filmowców – złożona z czterech nowel czarna komedia „Cztery pokoje”, przedstawiająca ciężką noc sylwestrową boya hotelowego (w tej roli świetny Tim Roth), który zostaje uwikłany w problemy niezwykle oryginalnych gości. Dwa pierwsze epizody wyreżyserowali Alexandre Rockwell i Allison Anders. Robert Rodriguez jest autorem (reżyserem i scenarzystą) trzeciej noweli – o niesfornych dzieciach mafiosa (Banderas) pozostawionych pod opieką Teda (Roth) – która zainspirowała go do nakręcenia familijnego filmu (właściwie trylogii) „Mali Agenci”. W charakterze człowieka-orkiestry wystąpił tym razem Quentin Tarantino. Nie tylko napisał i wyreżyserował ostatni z epizodów – przewrotną historyjkę o makabrycznym zakładzie, jaki zrobili pijani goście penthouse’u – ale też zagrał w niej kluczową rolę i wyprodukował cały film. O ile w ramach „Czterech pokoi” każdy z pary przyjaciół
realizował własny projekt, kolejna wspólna pozycja w ich filmografii to owoc
ścisłej współpracy. „Od zmierzchu do świtu” (1996) początkowo miał być
autorskim filmem Tarantino (jest współproducentem i twórcą scenariusza). Ten
jednak ostatecznie powierzył reżyserię Rodriguezowi, by zagrać jedną z głównych
ról – nadpobudliwego gangstera Richarda Gecko. W efekcie powstał obraz, będący
swego rodzaju wizytówką stylu pary filmowców, zgrabną układanką z
charakterystycznych dla ich twórczości elementów. „Od zmierzchu do świtu” to
opowieść o braciach, którzy pragną ukryć się za granicą przed wymiarem
sprawiedliwości. Ucieczkę komplikuje psychotyczna osobowość Richarda, który nie
potrafi powstrzymać się od gwałtów i zabijania. Starszemu Seth’owi (w tej roli
George Clooney) udaje się ostatecznie sfinalizować plan – terroryzuje w tym celu
rodzinę byłego pastora, która ukrywa braci w kampinowozie i przewozi do Meksyku.
Tam, w przygranicznej tancbudzie, panowie Gecko muszą poczekać do rana na
dokumenty, które dadzą im nową tożsamość. Okazuje się jednak, że lokal jest
siedzibą wampirów. Bohaterowie próbują stawić im czoła. „Od zmierzchu do świtu”
do połowy jest zatem, przyprawionym szczyptą czarnego humoru, filmem
gangsterskim, a w drugiej części przeradza się w pastisz klasyki horroru. W
obsadzie pojawiły się nazwiska „aktorów Rodrigueza” (Salma Hayek, Cheech Marin,
Danny Trejo), a także Harvey Keitel, który wystąpił we „Wściekłych psach” i
„Pulp Fiction”. Na obraz składają się zarówno elementy amerykańskiej
pop-kultury, jak i atmosfery Meksyku. Nie brak w nim też zapadających w pamięć
dialogów oraz filmowych gier i zapożyczeń, uwielbianych przez obu twórców –
między innymi nawiązań do ich wcześniejszych artystycznych dokonań. Noc w barze
Titty Twister upływa przy muzyce zespołu Tito & Tarantula, który pojawił się
również w sequelach „El Mariachi”. „Od zmierzchu do świtu” doczekało się dwóch
kolejnych części (będących raczej wariacją na temat pierwszej, niż jej
kontynuacją) – obaj przyjaciele byli producentami wykonawczymi „dwójki”, a
Rodriguez napisał scenariusz do „trójki”. Od czasów „Od zmierzchu do świtu” Tarantino i Rodriguez przez kilka lat nie pracowali nad żadnym wspólnym projektem (Tarantino nakręcił w tym czasie m.in. „Jackie Brown”, a Rodriguez trylogię „Mali agenci” i trzeci odcinek z serii o El Mariachim – „Pewnego razu w Meksyku”), ale konsultowali wzajemnie swoje filmy, wspierali się przy ich realizacji i promocji. Kuriozalnym przykładem tej współpracy był udział Rodrigueza w produkcji drugiej odsłony „Kill Bill”, za co Tarantino zrewanżował się swoją jednodniową obecnością na planie „Sin City”. Za swoje usługi panowie wypłacili sobie nawzajem po jednym dolarze honorarium. Dwuczęściowy „Kill Bill” (2003-2004) to, obok „Pulp
Fiction”, najgłośniejszy obraz Quentina Tarantino – opowieść o okrutnej zemście
byłej płatnej zabójczyni, która na ślubnym kobiercu, w zaawansowanej ciąży, omal
nie straciła życia z rąk swego byłego kochanka i koleżanek z Plutonu
Śmiercionośnych Żmij, działającego na jego usługach. Po raz kolejny reżyser
zburzył chronologię wydarzeń, pomieszał różne gatunki, a nawet techniki filmowe.
W pierwszej części złożył hołd filmom kung-fu, oczywiście z właściwym swemu
stylowi przymrużeniem oka. „Kill Bill: Vol.1” groteskowo tryska sztuczną posoką
i humorem z piekła rodem, fascynuje baletową choreografią, bawi tradycyjną już
żonglerką wątkami i symbolami zaczerpniętymi z dorobku kinematografii. Klimatu
dopełnia perfekcyjny kolaż z zapomnianych utworów oraz zjawiskowa Uma Thurman w
roli mścicielki Czarnej Mamby. „Kill Bill: Vol.2” to ukłon w stronę spaghetti
westernów i samurajskich dramatów, ale – choć i tu nie brak krwawych scen – tym
razem akcja traci nieco tempo na rzecz dialogów i zaskakującego rozwiązania
fabuły, dzięki któremu brutalny film o zabijaniu zyskuje (dość nietypowy dla
stylistyki Tarantino i przez to kontrowersyjny chyba bardziej jeszcze niż
hektolitry krwi przelane w pierwszej odsłonie) refleksyjny rys. Perypetiom
Czarnej Mamby nadal towarzyszą świetnie dobrane przez reżysera piosenki, ale tym
razem także ścieżka dźwiękowa autorstwa Roberta Rodrigueza. ”Sin City” (2005) to znakomita ekranizacja kultowego
komiksu Franka Millera (a konkretnie nowel "Miasto Grzechu", "Krwawa jatka" i
"Ten żółty drań"). Rysownik, który został współreżyserem filmu, długo był
przeciwny sprzedaniu komukolwiek praw do adaptacji swoich dzieł. Rodriguez
przekonał go do tego pomysłu, proponując wierne przeniesienie na ekran obrazków
z komiksu, przy użyciu technologii cyfrowej. Efekt współpracy reżyserów
zadowolił nawet ortodoksyjnych wielbicieli serii Millera, a forma „Sin City”,
utrzymana w estetyce pierwowzoru, nie tylko zapiera dech w piersiach, ale i
otwiera nową erę kinematografii, w którą zdążyło się już wpisać choćby świetnych
„300” (także zresztą będących ekranizacją jednego z dzieł Millera). Adaptowane
komiksy mieszczą się w ramach stylu Rodrigueza i Tarantino, więc wielbicieli ich
twórczości film może zachwycić nie tylko stroną wizualną. „Sin City” to opowieść
mroczna i krwawa, której bohaterami są gangsterzy, skorumpowani policjanci i
kobiety lekkich obyczajów. Losy postaci splatają się podobnie jak w
tarantinowskim „Pulp Fiction”, a w ich role wcieliła się cała plejada
znakomitości (Mickey Rouke, Clive Owen, Benicio Del Toro, Bruce Willis).
Rodriguez chciał, by w tym niezwykłym przedsięwzięciu wziął udział także jego
przyjaciel. Ponoć zaprosił Tarantino na plan i uczynił „honorowym reżyserem”,
aby przekonać go do swoich idei w jednej z tych nielicznych kwestii, w których
panowie się różnili. Twórca „Kill Bill” był bowiem dotąd zwolennikiem
tradycyjnych metod rejestracji obrazu, podczas gdy Rodriguez już przy produkcji
„Małych agentów” zaczął się zwracać w stronę technologii cyfrowej, upatrując w
niej przyszłość kinematografii. Sceptycznie nastawiony do niej Tarantino nie
tylko zachwycił się możliwościami, jakie stwarza komputerowe generowanie
ekranowych rzeczywistości, ale i wyreżyserował świetny epizod „Krwawej jatki” –
scenę, w której Dwight „rozmawia” z nieżyjącym już Jackie’m. Po latach pracy nad indywidualnymi projektami, Tarantino i
Rodriguez znów zwarli szyki, by tym razem złożyć hołd popularnemu w latach
siedemdziesiątych ubiegłego stulecia w Stanach Zjednoczonych gatunkowi
grindhouse. Nazwą tą określano podupadłe, nocne kina, specjalizujące się w
wyświetlaniu niskobudżetowych produkcji, a także same filmy, a dokładnie
całonocne seanse złożone z kilku obrazów klasy B, które można było obejrzeć w
cenie jednego biletu. Były to zwykle horrory, filmy półpornograficzne czy
kung-fu – niezależne, często amatorskie produkcje, o niskiej wartości
artystycznej, nacechowane niespotykaną w „oficjalnym obiegu” brutalnością i
dawką erotyzmu. Tarantino i Rodrigueza zawsze łączyło uwielbienie dla filmowej
tandety, więc z zamiarem realizacji projektu według grindhouse’owych wzorów
nosili się już od dawna. W efekcie powstało dzieło złożone z dwóch autorskich
obrazów – „Death Proof” Tarantino i „Planet Terror” Rodrigueza –
oddzielonych zwiastunami nieistniejących filmów (nakręcili je „etatowi” twórcy
horrorów – Rob Zombie, Eli Roth i Edgar Wright) i reklamami fikcyjnych
produktów. Atmosferę dawnych seansów filmowcy podkreślili „postarzając” materiał
zdjęciowy tak, że tworzy on złudzenie zdartej kopii (grindhouse’owe filmy
wydawane były w niewielkim nakładzie i krążąc między kinami szybko ulegały
zniszczeniu). Nie brak w nim także przerw na komunikat o „zaginionej rolce
filmu”, po których widzowie zmuszeni są domyślić się przebiegu brakujących scen.
Niestety, na potrzeby europejskiego (w tym polskiego) rynku, gdzie nie
wytworzyła się tradycja podwójnych seansów, „Grindhouse” został podzielony na
dwie części, które nie miały wspólnej premiery. „Grindhouse” to doskonały pastisz, okraszony właściwym dla
spółki Tarantino-Rodriguez humorem, błyskotliwymi dialogami, przebojami z
lamusa, mnóstwem tradycyjnych zapożyczeń i rozlewem krwi tak stylowym, że aż
fascynującym. Obraz autorstwa Tarantino naznaczony jest jego uwielbieniem dla
kina „samochodowego” (z dużą liczbą pościgów), które narodziło się gdy w
dzieciństwie zobaczył film „Mistrz kierownicy ucieka” (z Burtem Reynoldsem w
roli tytułowej). Bohaterem horroru jest psychopatyczny morderca (tę rolę
Tarantino powierzył gwieździe kina akcji lat osiemdziesiątych, Kurtowi
Russellowi), który zabija swym samochodem młode, atrakcyjne kobiety. „Planet
Terror” Rodrigueza to z kolei, utrzymana w stylu gore, absurdalna komedia
zombie. Jej bohaterowie – mieszkańcy sennego miasteczka w pobliżu meksykańskiej
granicy – muszą stawić czoła żądnym krwi potworom, jakimi stali się ludzie
zmutowani po zakażeniu niebezpieczną substancją chemiczną. Te klisze z kina
klasy B panowie Rodriguez i Tarantino podnieśli w „Grindhouse” do poziomu A,
tworząc unikalne widowisko, które spotkało się z bardzo dobrym przyjęciem ze
strony widzów i krytyków. Po raz kolejny nie tylko odkurzyli zapomniany gatunek,
ale i dodali mu blasku, czym dowiedli wielkiej klasy i wysokiej artystycznej
formy.
Ostatnio Tarantino i Rodriguez znów poświęcili się indywidualnym projektom. Ten pierwszy sfinalizował swoją wieloletnią pracę nad „Bękartami wojny”, które niedawno z głośnym echem przetoczyły się przez światowe kina, drugi zaś nakręcił kolejny film familijny, „Kamień życzeń”. Rozstanie pary filmowców jest oczywiście tylko chwilowe. Po sukcesie „Grindhouse” postanowili zrealizować pełnometrażowy obraz w oparciu o jeden z fałszywych zwiastunów. Prace nad „Machete” zapewne dobiegają już końca, bo film ma trafić na ekrany w kwietniu przyszłego roku. Mimo miejsca w panteonie światowego kina, bohaterowie niniejszego artykułu swoją twórczość wciąż uważają za hobby. Tarantino – zdobywca najbardziej prestiżowej spośród filmowych nagród – twierdzi nawet, że nie czuje się profesjonalistą i nie życzy sobie, by tak go postrzegano. O swojej pracy wypowiada się następująco: Kręcenie filmów to forma artystycznej wypowiedzi, dzika frajda, fantastyczna przyjemność. Wejście w inny świat, który mogę dowolnie kształtować. Do realizacji, do kręcenia zdjęć nie podchodzę jak do procesu technicznego, ja się w to wszystko rzucam głową naprzód, raz się zajmuję tym, raz tamtym, w jednym momencie patrzę na obraz, chwilę później pracuję nad dźwiękiem - film postrzegam jako całość, wszystkie te drobne kawałeczki nagle składają się w jedną wielką konstrukcję (…). Uwielbiam, kiedy coś takiego dzieje się na moich oczach. Robert Rodriguez zapewne podpisałby się pod tymi słowami. Jeśli owocem tej zabawy w kino mają zawsze być takie arcydzieła, jak „Pulp Fiction” czy „Sin City”, to wielbicielom twórczości filmowców pozostaje życzyć sobie, by panowie nigdy nie zmienili hobby.
Autor recenzji:
Anna Archer |
|
|||