|
|
Samobóje, odtwarzacze i białe tło Na ekrany w końcu weszła Sala samobójców Jana Komasy. Z przeczytanych pobieżnie opinii w Internecie i w gazetach wnioskuję, że film podoba się widzom. Nie zachwyca, nie jest zapowiadany jako przyszła pozycja kultowa, ale został przyjęty dosyć pozytywnie - nie znalazłem żadnej recenzji napisanej w tonie mocno krytycznym, a to już o czymś świadczy. Przyznam szczerze, że jeszcze tego filmu nie widziałem. Egzaminy, przeziębienie i milion innych spraw skutecznie przeszkodziły mi (jak na razie) w wycieczce do kina. Mimo to jestem pewien, że na film się wybiorę, co więcej jestem przekonany, że z sali kinowej wyjdę zadowolony. Dlaczego? Otóż nawet jeżeli ta produkcja okażę się pięć razy gorsza niż myślę, to i tak nie będzie najgorsza. Tutaj dochodzimy do sedna sprawy - w praktycznie każdej
recenzji Sali samobójców przewija się, chociażby przez chwileczkę, frazes
w stylu: Nareszcie jakiś jasny punkt w tej ciemnej dupie zwanej polskim kinem.
I nie mówię tylko o wypowiedziach „Poważnych Zawodowych Krytyków Filmowych” -
także w komentarzach zupełnie niewyszkolonych, nieprofesjonalnych widzów pojawia
się nostalgia za tym, żeby polskie kino było poważane i szanowane, i żebyśmy
moglibyśmy z dumą spojrzeć na siebie i powiedzieć: „Ha! Niech się schowają
Amerykanie! Polak potrafi i ma kino jak się patrzy!”. Ale żarty na bok - uważam, że ta tendencja jest bardzo pozytywna. Cieszy mnie, że Polacy chcą porządnego kina, że nie chcą być karmieni najprostszą, prymitywną papką (co warto dodać - robioną za nie tak znowu małe pieniądze) i patrzą z radością i na dobre filmy (Dzień świra) i na te nie-aż-tak-znowu-złe (Mój Nikifor). Popieram taką tęsknotę całym sercem - nie domagam się cudów, chcę tylko, żeby w Polsce powstawały i były promowane solidne produkcje z dobrym aktorstwem i spójnym, w miarę inteligentnym scenariuszem. Oczywiście nie każdy film musi być szczególnie ambitny i artystyczny - niech to będą nawet komedie romantyczne i filmy akcji - w końcu nie każdy i nie zawsze ma ochotę włączyć telewizor, aby przeżyć katharsis i zmienić swój sposób postrzegania świata. Pytanie tylko: na ile ta cała tendencja jest prawdą? Patrząc na polskie kino z punktu widzenia zwykłego widza a
nie konesera, który objeżdża większość festiwali, wyłania nam się swego rodzaju
główny nurt. Jego znakiem charakterystycznym są filmy promowane przez plakaty
pozbawione tła, które utwierdzają mnie w smutnym przekonaniu, że polska szkoła
plakatu umarła śmiercią bolesną i nikt już o niej nie pamięta. Z pewnością każdy
z was wie, o czym mówię – mamy na plakacie tytuł, kilku bohaterów filmu,
nazwiska aktorów i białe tło. Oprócz tego czasami pojawia się jakiś niezbędny
dopisek np. Rozwalą cię śmiechem (to akurat z Weekendu Cezarego
Pazury), czy Diabeł ubiera się nie tylko u P Takie filmy dzielą się zwykle na trzy kategorie - komedie romantyczne, filmy akcji i „Superśmieszne Komedie Romantyczne Akcji”. Większość z nich prezentuje tych samych niezabawnych bohaterów w zupełnie oderwanych od życia sytuacjach, a logiki w tym wszystkim znaleźć się nie da. Zwykle są one bezlitośnie niszczone przez recenzentów (od wielkiego dzwonu zdarzy się jakaś ocena w rodzaju „film jest całkiem przyzwoity”, ale to rzadkość), a w ogólnej opinii zapisują się jako filmy kiepskie i raczej żenujące. Skoro więc nikt ich podobno nie lubi, to w czym problem? Otóż kwestia jest taka, że te filmy się sprzedają. I to naprawdę sprzedają. Jeżeli w większości nie tylko zwracają się ich koszty, ale można na nich zarobić, to nie ma się co dziwić, że takie filmy są i będą kręcone. W imię czego twórcy mają zaprzestać ich produkcji? „Artyzmu”? Dobre sobie. Nie oceniam, że: „Twórcy takich filmów to źli ludzie, którzy
nie działają w imię Sztuki i Dziewięciu Antycznych Muz, a to co robią, jest
zbrodnią przeciwko ludzkości". Bardziej martwi mnie postawa polskich widzów - z
jednej strony mamy ciągłe narzekanie na polskie kino wśród wszystkich grup
społecznych, tęsknotę za dawnymi produkcjami i olbrzymi sentyment, a z drugiej
strony zupełną akceptacje tego, czym nas karmią polscy filmowcy. Założę się, że
jeszcze co najmniej pięćset razy usłyszę w życiu "Takich filmów/seriali jak
Miś/Rejs/Seksmisja/Człowiek z marmuru/Czterej pancerni/Stawka większa niż
życie/Podróż za jeden uśmiech się już nie robiiiii echhh...", a wiek
wypowiadających ten slogan będzie się wahał od 6 do 106. Skoro jednak kiedyś
robiono tak dobre produkcje, dlaczego ludzie na nich wychowani są w stanie p Jedna rzecz w tym wszystkim razi mnie szczególnie - jestem w stanie zrozumieć i zaakceptować, że jest jakaś wąska grupa widzów, którzy w imię rozrywki/oderwania się od rzeczywistości/chęci poczucia się lepszym chce oglądać „Młodych Pięknych Bogatych Ludzi w Nowoczesnej Oszklonej Niczym Manhattan Stolicy Polandu”. Rozumiem, że ta grupa przełknie idiotyzmy i miałkość scenariuszy w imię „rozrywki”. Jednak nie jestem w stanie pojąć, jakim cudem chociażby jeden widz w Polsce może przełknąć tragiczne aktorstwo i zwyczajną amatorszczyznę. To zjawisko raczej już odchodzi od polskich „Filmów z Białym
Tłem”. Oczywiście w nich też zdarza się masa złych, naprawdę złych aktorów, ale
występują i tacy, którzy mają naprawdę wiele do zaoferowania, przy tym ich
umiejętności są niezaprzeczalne (Stenka/Kot/Adamczyk). Nasz problem dotknął
przede wszystkim telewizję. Ostatnio popularne są różne seriale w rodzaju Na
Żywo. Mamy więc Detektywów, W11, Malanowskiego i prawdziwą wisienkę na
torcie złego aktorstwa czyli Dlaczego ja?. W takich programach zatrudnia
się amatorów zamiast aktorów. Profesjonalnie nazywa się ich „odtwórcami”, żeby
prawdziwi aktorzy nie poczuli się obrażeni. Wiadomo, że tacy „odtwórcy” są tani,
na dodatek ich twarze nie są jeszcze ograne, więc mogą potęgować formę
„Prawdziwego Życia W Telewizji”. Problem w tym, że przekracza się tutaj granice
szacunku dla widza - kto oglądał, ten wie, o czym mówię. Kiedy widzę na ekranie
ludzi, którzy dosłownie odtwarzają w pamięci wyuczony tekst, których żaden
ruch/gest/wyraz twarzy nie jest w żaden sposób wiarygodny, przez pierwsze 5
minut śmieję się jak opętany, przez drugie zaczynam się poważnie irytować, zaś
przez trzecie jest mi smutno. W końcu jeżeli takie badziewia pojawiają się w
całkiem niezłym czasie antenowym tzn. że muszą być oglądane. A to znaczy, że
większości widzów da się wepchnąć wszystko, dosłownie wszystko i oni będą
oglądać, „bo przecież nie ma nic innego w telewizji”. Aż ciarki przechodzą po
plecach. Moi drodzy - ktoś może odczuć, że postanowiłem bawić się w
Wielkiego Krytyka i zjechać z góry na dół wszystkie starsze panie, które
przeżywają losy Marka i Hani, czy innego Stefana i Gosi. Nie, nie o to chodzi.
Ja po prostu apeluję o niezbędne minimum - niech powstają komedie romantyczne,
seriale obyczajowe, ale niech to zachowa chociaż minimalny poziom, niech to
będzie miało chociaż odrobinkę klasy. Niech scenariusz nie obraża inteligencji
widza, a aktorzy mają chociaż jakieś podstawowe wykształcenie aktorskie (albo
nawet nie, niech po prostu porządnie grają). W końcu wiemy wszyscy, że
kinematografia jest biznesem - to truizm jak żaden inny. Skoro producenci
wiedzą, że ludzie kupią coś taniego i prostackiego, nie mają żadnego powodu,
żeby starać się bardziej. Dlatego marzy mi się minimum krytycyzmu w naszych
wyborach. Niezbędne minimum. Skoro wszyscy równo i zgodnie narzekają, to niech
nie zajadają się tym, co im śmierdzi. A prywatnie marzy mi się, żeby obok
solidnie zrobionej rozrywki promowano także trochę ambitniejsze polskie kino. I
nadal wierzę, że w przyszłości nastąpią jakieś zmiany. Oby tylko to nie było
czcze gadanie.
Autor recenzji:
Robert 'Solar' Szymczak |
|
|||