| |
|
To przybyło z lat pięćdziesiątych
Kultowość
to pojęcie zdecydowanie nadużywane. Często kultowymi określa się rzeczy, które
nie zdążyły przejść próby czasu. Niskobudżetowe amerykańskie kino science
fiction lat 50. taką próbę przeszło i, wbrew utartym opiniom, potrafi nie tylko
śmieszyć. Przyjrzyjmy się, co ma do zaoferowania po latach.
Atak kobiety o 50 stopach wzrostu, Atak potwornych
krabów, Człowiek, który się nieprawdopodobnie zmniejsza, Bestia o
milionie oczu – kilka tytułów i widzimy, że mamy do czynienia ze zjawiskiem
wyjątkowym. W normalnych czasach głowy twórców nie mogłyby zrodzić podobnych
pomysłów.
Licząc na szybki zysk producenci prześcigają się w wymyślaniu coraz to
mocniejszych tytułów, które równie dobrze mogłyby uchodzić za streszczenie
fabuły. Często jest ona zresztą tylko pretekstem do wprowadzenia nowych
potworów, a przeciętny czas trwania filmu, 60 do 80 minut, wydaje się i tak zbyt
długi.
O filmach złotego okresu amerykańskiej fantastyki naukowej mówi się, że są tak
złe, że aż dobre. Stwierdzenie to jest o tyle krzywdzące, że wśród oczywistej
tandety, znaleźć można prawdziwe perełki, urzekające po latach.
Faktem jest, że s-f całkowicie zmonopolizowało amerykańską produkcję klasy B,
spychając na margines klasyczne horrory. O skali fenomenu ekranowej fantastyki
lat 50. najlepiej mówią liczby: blisko 500 filmów i kilkadziesiąt milionów
widzów w kinach co weekend.
Na czym polegał fenomen? Co przyciągało miliony amerykanów na kinowe sobotnie
popołudniówki?
Uważajcie na niebo!
Na początku lat 40. nic nie zapowiadało zbliżającej się
złotej epoki science fiction. Gatunek był na wymarciu, podobnie jak dzisiaj
western. Nieliczne filmy były wtórne, a honor gatunku próbowały ratować kinowe
seriale w rodzaju Flasha Gordona, czy Kapitana Marvela.
Sytuację „uratowała” zimna wojna. Stany ogarnęła czerwona panika. Senator
McCarthy skutecznie zniechęcał do poglądów lewicowych, łamiąc kariery wielu
wybitnym osobom, zaś amerykańskie wojska wkroczyły do Korei. Widmo komunizmu i
utrata monopolu na bombę atomową obudziły obcych i stwory przeróżnych
proweniencji. Po raz kolejny okazało się, że nic tak nie ożywia wyobraźni
twórców, jak widmo nowych, często urojonych zagrożeń. Do nastrojów
zimnowojennych doszła fascynacja zjawiskiem UFO – w 1947 roku pilot wojskowy,
Kenneth Arnold, zaobserwował na niebie niezidentyfikowane obiekty latające,
rozpoczynając tym samym współczesną historię UFO oraz serię filmów o złych
przybyszach z kosmosu, chcących unicestwić ludzkość.
Podczas gdy kino głównego nurtu próbowało polepszać nastroje społeczne
Amerykanów, niskobudżetowe produkcje żerowały na lękach i nie dawały złudzeń.
Ziemia nie była już miłym miejscem do życia. Obcy czaili się na każdym kroku: w
Inwazji porywaczy ciał zastępują ludzi pozbawionymi emocji klonami,
przesłanie Najeźdźców z Marsa jest proste – nie ufaj nikomu, nawet swoim
bliskim!
Za
pioniera nowej fali s-f zwykło uważać się Kierunek księżyc (1950), w
realistyczny sposób ukazujący wyścig o podbój kosmosu (lądowanie na księżycu).
Mimo braku potworów i kosmitów, film odniósł niespodziewany sukces komercyjny i
sprawił, że każdy chciał spróbować sił w odkurzonym gatunku.
Lęk przed nieznanym i niemożność nawiązania kontaktu z obcymi po raz pierwszy
pojawia się na ekranie za sprawą Istoty z innego świata. W pobliżu
amerykańskiej bazy wojskowej na Alasce, rozbija się tajemniczy obiekt latający.
Gdy bryła lodu, w której umieszczony był przybysz rozmarza, staje się jasne, że
jego wizyta nie jest pokojowa... Choć w finale potwór ginie złapany w
elektryczną pułapkę, zdający relację z bazy dziennikarz, ostrzega słuchaczy:
„Uważajcie na niebo!” (po latach, tymi właśnie słowami Bill Warren zatytułuje
swoje dwutomowe dzieło poświęcone fantastyce lat 50). Producentem filmu był
Howard Hawks i choć nazwisko późniejszego autora Rio Bravo nie pojawia
się w napisach, niektórzy twierdzą, że to on po części reżyserował film.
Świadczyć ma o tym świetny scenariusz i nadzwyczajnie sprawna realizacja. Rząd,
poproszony o pomoc przy realizacji, odmówił współpracy bojąc się kompromitacji -
zgodnie z oficjalnym stanowiskiem UFO nie istniało. To nie koniec problemów –
pięć firm z rzędu nie chciało podjąć się ubezpieczenia „istoty” – ze scenariusza
jasno wynikało, że miałaby być kolejno zamrażana, rąbana siekierami, rozszarpana
przez psy, podpalona i wreszcie potraktowana prądem. Po zrealizowaniu filmu nie
wszyscy mieli odwagę stanąć przed publicznością - aktor wcielający się w postać
„istoty z innego świata” twierdząc (poniekąd słusznie), że wygląda w kostiumie
jak wielka marchewka, nie pojawił się na premierze.
Wśród zalewu filmów tamtego okresu, uwagę zwraca Dzień, w którym zatrzymała
się Ziemia Roberta Wise’a (1951) z klasyczną dziś sceną lądowania UFO w
centrum Waszyngtonu. Tym razem obcy, wyjątkowo nie przybywają siać zniszczenia
na Ziemi i podbijać jej, lecz niosą przesłanie dla ludzkości. Finałowa kwestia
przybysza: „Dzielą nas miliony lat świetlnych. Mieliśmy swoje wojny, ale dawno
już nauczyliśmy się żyć w pokoju. Żyjcie w pokoju albo będziemy zmuszeni was
zniszczyć”, to dosyć oczywiste ostrzeżenie przed dalszym wyścigiem zbrojeń.

Potwory i spółka
Szczyt popularności ekranowej fantastyki naukowej przypada na
lat 1953-54. Wtedy to Warner Bros wprowadza do kin Bestię z głębokości 20
tysięcy sążni - na ekranach pojawia się nowe zagrożenie, potwory ery
atomowej.
Nuklearny wybuch budzi uśpioną bestię, King Kong traci monopol, zastąpiony przez
popromienne monstra.
Mała dziewczynka biegnie skrajem pustyni, wymawiając wciąż to samo słowo:
„one!”. Policyjny patrol natrafia na błąkające się dziecko, które z powodu szoku
nie jest w stanie nic powiedzieć. Sugestywne otwarcie filmu One! jest jednym z
najczęściej cytowanych w opracowaniach kina grozy. Zachęceni powodzeniem
Bestii... producenci postanowili zwielokrotnić zagrożenie, zamieniając jednego
potwora na tysiące krwiożerczych mrówek, grasujących po Los Angeles.
Te
dwa obrazy rozpoczynają epokę tzw. monster movies, w których potwory uaktywnione
przez człowieka (czy to w skutek eksperymentów, czy testów nad bombą atomową)
zagrażają życiu na Ziemi. Efektem eksperymentów genetycznych jest monstrualna
tarantula, atakująca wszystko, co napotyka na swej drodze w filmie Jacka Arnolda
(Tarantula, 1955). Z kolei, podwodne eksplozje powodują gniew i atak
gigantycznej ośmiornicy (niski budżet spowodował, że miała tylko sześć macek) w
To przyszło z głębin morza.
Obok grozy, w dobrym monster movie nie powinno zabraknąć szczypty seksu.
Atrakcyjne dziewczyny w kusych spódniczkach działały na wyobraźnię widzów na
równi z oślizgłymi bestiami. Wystarczy spojrzeć na plakaty – biuściasta blondyna
w kleszczach olbrzymiego kraba (Atak potwornych krabów), czy Potwór z
błękitnej laguny chwytający za udo zmysłową brunetkę.
Podczas gdy potwory atakowały z morza, lądu i powietrza, równolegle rozwijał
się, znacznie bardziej interesujący z psychologicznego punktu widzenia nurt
„paranoiczny”. Obcy upodobniają się do ludzi, przejmują ich ciała, tworzą klony,
ale dekonspiruje ich brak ludzkich słabości i emocji. We wspomnianej już
Inwazji porywaczy ciał (1956) Dona Siegela, kosmici zastępują smacznie
śpiących ludzi ich własnymi klonami. Wizja reżysera okazała się jednak zbyt
pesymistyczna dla producentów, którzy dodali sceny sugerujące, że zagrożenie w
końcu mija. W późniejszym o 2 lata Wyszłam za kosmicznego potwora Gene’a
Fowlera, obcy podszywają się pod mężczyzn, by zapewnić sobie przetrwanie - w ich
stronach, bowiem, w wyniku katastrofy zginęły wszystkie samice.
Tak złe, że aż dobre
W omawianych do tej pory filmach, przy odrobinie dobrej woli
można dopatrzyć się walorów artystycznych. Gdzieniegdzie przychodzi to nawet z
łatwością. Jednak najlepsze chęci nie pomagają kuriozom w rodzaju Przybysza z
kosmosu. Jeden z fanów żartuje: „widziałem wiele kiepskich filmów, ale ten
jest naprawdę wspaniały”. Goryl w dziwacznym hełmie z doczepioną na czubku
anteną TV przybywa na Ziemię rakietą… ewidentnie trzymaną przez jednego z
członków ekipy... Na miejscu, na domiar złego, małpa śmiertelnie zakochuje się.
Zraniony powszechną krytyką reżyser Phil Tucker próbował popełnić samobójstwo.
Przygodom kosmicznej małpy absurdalnością nie ustępuje Mesa of Lost Women,
nieoficjalnie zwana u nas Płaskowyżem zaginionych kobiet. Szalony
naukowiec, za pomocą jadu specjalnie wyhodowanych pająków, zamierza stworzyć
rasę superkobiet... A my mamy problem z wysiedzeniem do końca seansu. Film
został „doceniony” jako „najbardziej prymitywna, szowinistyczna męska fantazja”
w historii kina. Nie ratuje go nawet obecność Jackie Coogana, tytułowego brzdąca
z arcydzieła Chaplina, w roli naukowca.
Symbolem
tamtego okresu pozostaje niezmiennie Edward D. Wood, uznawany za najgorszego
reżysera wszechczasów i twórcę takiego dziwoląga jak Plan 9 z kosmosu.
UFO zawieszone na widocznej gołym okiem wędkarskiej żyłce, wyraźnie słyszalne
kroki kamerzysty, dzień i noc zmieniające się w trakcie tej samej sceny,
rozsypujące się tekturowe grobowce, to tylko część „efektów specjalnych” filmu.
Aby zdobyć pieniądze na realizację Planu 9..., Wood razem z częścią ekipy
ochrzcił się w kościele Baptystów, którzy postawili to jako warunek
sfinansowania produkcji. Który z dzisiejszych reżyserów byłby gotów na podobne
poświęcenie?!
Dziś Wood to już legenda. Jego pozycję króla kiczu umocnił jeszcze Tim Burton w
biograficznym Ed Wood, z Johnym Deppem w roli tytułowej. Jakby tego było
mało, najgorszy reżyser wszechczasów doczekał się własnego kościoła, który liczy
już ponad 3000 oficjalnie ochrzczonych członków. Jak sami o sobie mówią
wyznawcy: „Oglądając filmy Eda i śledząc jego biografię, uczymy się prowadzić
szczęśliwe, pozytywne życie”. Prawda, że inspirujące?
W cieniu Wooda pozostaje nie mniej ciekawa osobowość, a na pewno twórca bardziej
utalentowany – Roger Corman. Ten niekoronowany król kina klasy B, to nie tylko
reżyser i aktor, ale także producent blisko 400 filmów. Jego recepta na udany
film s-f była prosta: „Potwór musi być większy od głównej bohaterki”. Znakiem
firmowym Cormana było kręcenie filmów w zawrotnym tempie, za jak najmniejszą
kasę, często z wykorzystaniem dekoracji pozostałych po większych produkcjach. Na
nakręcenie Sklepiku z horrorami, historii rośliny żywiącej się ludzkim
mięsem, potrzebował jedynie dwóch dni! Do dziś pozostaje to rekordowym wyczynem.
Znając tempo pracy Cormana, producenci często wymyślali tylko tytuł i plakat do
filmu, i dopiero gdy pomysł udało się sprzedać, zlecali nakręcenie filmu
reżyserowi. Tak było chociażby w przypadku Bestii o milionie oczu, która,
jak nietrudno się domyśleć, okazała się niestety znacznie mniej interesująca od
spreparowanych zapowiedzi. Być może największą zasługą Cormana było zatrudnianie
stawiających pierwsze kroki w filmie kolegów: Francisa Forda Coppoli, Martina
Scorsese, Jonathana Demme, Jamesa Camerona, czy Petera Bogdanovicha. Kto wie,
czy bez pomocy króla filmów klasy B ich talent kiedykolwiek wyszedłby na światło
dzienne?
Wyznawcy i biznesmeni
Dziś trudno nie uśmiechnąć się oglądając gumowe kostiumy
obcych z suwakami na plecach, słuchając patetycznych haseł o zbliżającej się
zagładzie. Rozrywka, która miała straszyć, po ponad pół wieku przede wszystkim
śmieszy. W filmach złotego okresu s-f odruchowo szukamy niedociągnięć, słabości
scenariusza, „efektów specjalnych”, błędów logicznych, wytykamy im drewniane
aktorstwo. Pomimo tego, a raczej właśnie z tego powodu, kino to przetrwało i
zwłaszcza za oceanem ma się całkiem dobrze.
O tym, jak silnym źródłem inspiracji są lata 50. w historii s-f, świadczy liczba
remake’ów - każdy bardziej udany pomysł doczekał się co najmniej jednego
odświeżenia. Mimo, że nowe wersje mają kilkakrotnie wyższe budżety, z reguły nie
udaje im się zbliżyć do oryginału. Wyjątki jak Coś Johna Carpentera,
wzorowane na Istocie z innego świata, jedynie potwierdzają regułę.
Status kultowego uaktywnia zarówno fanów fantastyki naukowej, jak i tych, którzy
chcieliby na niej zarobić. Ci pierwsi tworzą strony internetowe, na których
oceniają nie tylko filmy, ale i same potwory. Dzięki tym drugim bez problemu
zaopatrzyć się możemy w specjalne wydania DVD (w tym największe Sci-Fi Megapack
z 50 tytułami), koszulki, kalendarze, plakaty, kubeczki a nawet plastikowe
zabawki z ulubionym stworem.
Science fiction starzeje się jak żaden inny gatunek. Dziś patrzy się na te
zwykle nieudolne technicznie filmy z przymrużeniem oka. Nie można jednak nie
docenić kreatywności i inwencji twórców, którzy mając do dyspozycji ograniczone
budżety i niedoskonałe efekty specjalne, nie bali się pokazać światu swoich
odważnych wizji. A te nie tylko budzą śmiech, ale i fascynują.
Autor artykułu:
Borys Lissewski

Skomentuj artykuł
|
|
|